Dragon Ball AZ logo by Gemi

Dark Kaioshin Saga

Część trzecia: Nowe oblicza

054 | 055 | 056 | 057 | 058 | 059 | 060 | 061 | 062 | 063 | 064 | 065 | 066 | 067 | 068 | 069 | 070 | 071 | 072 | 073

Rozdział LXX - Cathan

  - Proszę wszystkich o spokój - komentator starał się zapanować nad poruszoną publicznością - Nasi technicy już pracują nad przywróceniem obrazu.
  Gwar wcale nie ucichł, wręcz przeciwnie, jeszcze przybrał na sile.
  - Proszę o ciszę! Właśnie otrzymałem dobrą wiadomość. Monitory powinny być sprawne... właśnie... teraz!
  Rzeczywiście, obraz pojawił się. Uubu spojrzał na sytuację na polu walki z pewnym zdziwieniem.
  - Hę? Czy mi się wydaje, czy olbrzymi Piccolo walczy z jakimś olbrzymim gorylem?
  - Na to wygląda - potwierdził doktor Tengel. - Najwyraźniej Caulif poddał się przemianie. Twój zielony przyjaciel nie ma szans.
  Uubu skoncentrował się na chwilę, wyczuwając ki walczących i odpowiedział:
  - Nie byłbym tego taki pewien.
 
  Trafiony pięścią prosto w szczękę oozaru zachwiał się od siły ciosu, nie zdążył się otrząsnąć, kiedy Piccolo kopnął go z wyskoku w nasadę szyi. Goryl postąpił kilka ciężkich kroków do tyłu, złapał równowagę i ruszył do kontry. Piccolo sparował pierwszy cios, wycelowany w swoją głowę, ale nie udało mu się zablokować krótkiego haka wyprowadzonego z lewej prosto w brzuch. Nameczanin skulił się z bólu, wypluwając przy tym ilość śliny, która wystarczyłaby na wypełnienie małego stawu, po czym oberwał od Saiyana potężnym uderzeniem w bok głowy. Piccolo padł bezwładnie na grunt, miażdżąc przy tym nieco prymitywnej, krzewiastej roślinności. Grunt zadrżał. Caulif nie zamierzał odpuścić, ryknął i skoczył na Nameczanina chcąc przygnieść go do podłoża.
  Piccolo uniknął niechybnej utraty żeber odtaczając się w ostatniej chwili. Caulif z ogromnym impetem uderzył w ziemię, wywołując kolejne drgania gruntu.
  Obaj wojownicy wstali, rzucili sobie nawzajem wściekłe spojrzenia i rzucili się na siebie. Doszło do potężnego zwarcia, dosłownie do próby sił. Caulif i Piccolo zapierając się całą swą, ogromną w tej chwili, masą w gruncie próbowali wypchnąć się nawzajem z nieistniejącego koła, niemal jak w zapasach. Przez moment trwali tak w równowadze, po czym Caulif zrobił jeden powolny krok do przodu. Na spoconej twarzy Piccolo pokazały się chyba wszystkie możliwe żyły kiedy zmusił się do jeszcze większego wysiłku. Caulif w formie oozaru nie pocił się co prawda, ale też widać było na nim trud, który sprawiała mu ta walka.
  - Mógłbyś... wreszcie... zginąć... - wydyszał ciężko.
  Piccolo nie odpowiedział, tylko naparł na niego jeszcze mocniej, wykorzystując najgłębsze rezerwy sił jakie jeszcze miał. Zyskał przewagę, Caulif cofnął się o krok, następnie o drugi...
  Z gardła oozaru wydobył się wściekły ryk, gdy Caulif poczuł, że traci szanse. Nagle otworzył pysk, w którym Piccolo ujrzał niewielki błysk.
  Refleks Nameczanina dosłownie uratował mu w tym momencie życie. Nie zdążyłby uniknąć wystrzelonej z gardła fali ki, która z pewnością urwałaby mu głowę. Zdążył tylko sam "wypluć" strumień ki, który zderzył się z atakiem Caulifa.
  Potężna eksplozja odrzuciła obu olbrzymów na blisko kilometr. Grunt planety niemal jęknął, gdy dwa cielska upadły. Caulif podniósł się pierwszy, futro na twarzy miał nadpalone, kompletnie nie widział też na prawe oko. Piccolo nie był w dużo lepszym stanie, niemal kompletnie zwęgliła mu się lewa z jego czułek, na twarzy miał liczne rany i oparzenia.
 
  Wbrew swoim obawom, Sabre i Dagger nie musiały wcale czekać bardzo długo na wezwanie od Cathana, ku milczącemu, ale wyraźnemu niezadowoleniu Claya, który miał pozostać na posterunku. Przekroczyły próg z narastającym niepokojem. O ile wszystkie Umierające Gwiazdy czuły do Edge'a respekt i szacunek, to Cathana zwyczajnie się bały. Większość po prostu unikała z nim kontaktu, Sabre i Dagger zwykle też.
  Sala konferencyjna oddziału była przestronnym pomieszczeniem z centralnie umiejscowionym sporym, zdobionym stołem otoczonym wygodnymi fotelami różnego kształtu. Na ścianach zawieszono kilka sporych monitorów.
  Główny fotel zajęty był przez wysokiego, potężnie zbudowanego osobnika o skórze w odcieniu jasnej zieleni. Miał krótkie, kruczoczarne włosy i okalający usta zarost, zaś spod półprzymkniętych powiek wyzierały oczy jednolitego koloru bezchmurnego nieba, bez wyróżnionych tęczówek, przez co nigdy nie było wiadomo na co Cathan dokładnie patrzy. Na sobie Cathan miał luźny jasny strój, w tym pelerynę w barwie morza. Siedział wyciągnięty w półleżącej pozycji z nogami opartymi na blacie stołu. W dłoniach trzymał ręczny komputer, czytając coś z ekranu. Prawdopodobnie.
  - Sabre... Dagger... - Uśmiechnął się, ukazując przy tym nieco przydługie kły. Jego głos kojarzył się z oblanym miodem gruzem. - Czemu zawdzięczam przyjemność ujrzenia waszych jakże urodziwych oblicz?
  - Cathanie... - Dagger skłoniła się lekkim ruchem głowy, starając się opanować drżenie głosu, które zawsze wywoływała u niej obecność prawej ręki Edge'a. - ...Dziękujemy, że tak szybko zgodziłeś się nas przyjąć.
  - Powiadomo mnie - szatański uśmiech nie schodził z warg Cathana - że sprawa, którą chcecie mi przedstawić jest niezwykłej wagi.
  - Owszem - potwierdziła Sabre, starając się zignorować ironiczną nutkę obecną w jego głosie. - Musimy bez zwłoki zobaczyć się z Edge'em.
  - Ach tak? A w jakim celu? Jeżeli wolno mi zapytać, oczywiście...
  - Przypuszczamy, że udało się nam odnaleźć osobnika, którego on poszukuje - stwierdziła ostrożnie Dagger. - Wydaje nam się, że Edge powinien się o tym dowiedzieć.
  - Odnalazłyście go więc? Tego nieokreślonego kogoś, którego poszukujemy od tak dawna, że o niczym innym nie jesteśmy już w stanie myśleć? Przypomnijcie mi proszę... Kogo właściwie szukamy?
  - Kogo? - zdziwiła się Sabre. - Nie mamy pojęcia.
  - Właśnie - zadrwił Cathan. Przestał się uśmiechać. - Doskonale to ujęłaś: nie macie pojęcia. Skąd więc możecie wiedzieć, że kogoś odnalazłyście, skoro nawet nie wiecie kogo szukacie?
  - Ale... - zaczęła Dagger. - Jeśli rzeczywiście udało nam się odnaleźć tego właściwego... Jest ich dwóch, obaj dysponują ogromną mocą. Edge musi...
  - Edge niczego nie musi! - przerwał jej ostro niebieskooki, odkładając komputer. Zdjął nogi ze stołu i wyprostował się na fotelu. - Nie przekonałyście mnie. Nie widzę powodu, by zakłócać naszemu przywódcy trening. Możecie odejść - zakończył tonem bardziej nakazującym niż sugerującym wyjście.
  - Zaczekaj! - zebrała się na odwagę Sabre. - Nie widzisz, że być może niszczysz szansę...
  Nie widziała kiedy i jak, ale Cathan - mimo iż jeszcze przed chwilą siedział na fotelu kilka metrów dalej - po prostu nagle znalazł się przy niej i chwycił za szyję, utrudniając oddech.
  - Nie - powiedział spokojnie. - To ty posłuchaj. Nigdy, ale to absolutnie nigdy więcej nie waż się podnosić na mnie głosu. - Zacisnął dłoń mocniej, Sabre zaczęło brakować powietrza - Zrozumiałaś?
  Sabre widziała swoje odbicie w jednolicie błękitnych oczach. Wykrzywioną strachem twarz, dodatkowo zniekształconą przez półkolistą powierzchnię. Skinęła głową na tyle, na ile była w stanie. Cathan poluźnił chwyt i pchnął ją na podłogę.
  - Wyjdźcie - rzucił krótko, odwracając się. - Jestem zajęty.
  - Proszę - powiedziała jeszcze Dagger, pomagając siostrze wstać. Gdyby tylko mogły dokonać fuzji rozniosłyby Cathana na strzępy, jednak to nie wchodziło w grę bez specjalnego pozwolenia Edge'a. - Przemyśl to jeszcze, to może zakończyć poszukiwania, które Edge tak długo prowadzi. On na pewno...
  Umilkła, gdy Cathan odwrócił się w ich stronę łagodnie, jego peleryna zafalowała.
  - Chyba się nie zrozumieliśmy... Mamy pod swoją pieczą tysiące światów, które wymagają ciągłej uwagi. Te mityczne poszukiwania mnie nie interesują. Będą pewnie trwać wiecznie i jak dla mnie, mogą.
  Sabre i Dagger zamilkły, zdziwione taką odpowiedzią, ciszę przerwał charakterystyczny ochrypły głos. Głos Edge'a.
  - Na twoim miejscu uważałbym na słowa. Ściany mogą mieć uszy.
  - Edge! - zdziwiły się jednocześnie bliźniaczki.
  Rzeczywiście w drzwiach stał osobnik, którego trudno było pomylić z kimkolwiek innym. Ponad dwa metry dwadzieścia centymetrów wzrostu, niebieska skóra kryjąca potężne muskuły, charakterystycznie zgniłozielone włosy postawione w punkowski czub i tego samego koloru broda. Edge jak zwykle miał na sobie swój ulubiony strój: luźne białe spodnie i czarno-czerwoną kamizelę. Za nim z kamienną twarzą stał Clay More.
  Cathan spojrzał na przełożonego, a przynajmniej odwrócił głowę w jego stronę. Nie wydawał się speszony.
  - Edge. Już wróciłeś?
  - Udało mi się przekonać odźwiernego - sucho stwierdził olbrzym. - Widzę, że zjawiam się w porę.
  Cathan nie skomentował.
  - Nie wszystko usłyszałem - powiedział do bliźniaczek. - Mówcie o co dokładnie chodzi.
  - Jian wezwał nas na finał intergalaktycznego turnieju organizowanego przez niejakiego Lorda Ulvhedina - powiedziała Sabre.
  - Jest tam dwóch niesamowicie silnych wojowników - dodała Dagger. - Być może jeden z nich...
  - Rozumiem - powiedział Edge. - W takim razie wezwijcie tu wszystkich. Ruszamy na akcję.
  - Co? Całą drużyną? - zdziwiły się bliźniaczki. Już bardzo dużo czasu minęło od ostatniej takiej wyprawy.
  - Tak. Najwyższy czas rozruszać trochę całe towarzystwo. I zdaje się, czas nas goni?
  Bliźniaczki ruszyły od razu. Cathan tymczasem powoli skierował się w stronę wyjścia.
  - To chyba oznacza, że i ja mam wziąć w tym udział - powiedział, mijając Edge'a. Ten tylko uśmiechnął się paskudnie co całkowicie wystarczyło za odpowiedź.
 
  Caulif, nie czekając już na nic, wystrzelił kolejną falę ki z pyska. Piccolo uskoczył zręcznie przed eksplozją, dopadł do niego dwoma susami i prawym sierpowym posłał wielką małpę na grunt. Saiyan jednak odbił się od ziemi wszystkimi czterema kończynami i po chwili wylądował w pozycji pionowej. Małpia zręczność.
  Oozaru zaatakował, szarżując na Piccolo frontalnie, jednak tuż przed przeciwnikiem nagle rozpłynął się w powietrzu.
  "Niemożliwe, żeby był tak szybki w tej formie" - przemknęło przez myśl zielonoskóremu wojownikowi tuż przed tym jak potężna małpia stopa nie trafiła go w głowę, odrzucając na wiele metrów. Piccolo wyhamował, zostawiając w gruncie dwa podłużne ślady, wyszukał przeciwnika wzrokiem i wystrzelił z oczu dwa cienkie promienie. Caulif wykonał zwinny unik, ale i tak oberwał jednym z nich. Na nieszczęście dla Nameczanina jego atak był za słaby i zaledwie przypalił przeciwnikowi futro na piersi.
  - Słabniesz - syknął Caulif. - Czas skończyć tę walkę! - powiedział, gwałtownie wyrzucając przed siebie dłonie i posyłając w Piccolo sporą, pomarańczową falę ki. Nameczanin nie miał szans jej uniknąć, ryzykownie przyjął atak na skrzyżowane przedramiona. Strumień energii objął go całego. Po chwili wszystko utonęło w bezgłośnej, jasnej eksplozji.

Koniec rozdziału siedemdziesiątego.

Jak zakończy się walka gigantów?


-> Wstęp <- | Rozdział LXIX <- | -> Rozdział LXXI

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.