Dragon Ball AZ logo by Gemi

Edge Story - bohater i tyran

Wstęp
Część pierwsza | Część druga | Część trzecia | Część czwarta | Część piąta

Część pierwsza: Upadek

"Upadek" dedykuję Picco - najbardziej zasłużonemu czytelnikowi DBAZ.

"I've got the gift and I know that I'm blessed,
and I've go to get it off my chest.
I'm the biggest, the best, better than the rest..."

Clawfinger - "Biggest & The Best"

IA: Błędny manewr

  Dzień miał się już ku końcowi we wschodniej części regionu Leeh na Racca-sei, planecie należącej do Imperium Tysiąca Słońc. Jednej z najbogatszych planet, trzeba dodać. Żyzne gleby, duża ilość surowców naturalnych - w tym wielu występujących bardzo rzadko - sprawiały że Racca była jednym z najważniejszych światów w Imperium. Tylko nieliczni, najbardziej wartościowi obywatele mogli liczyć na propozycję zamieszkania tutaj. Planeta położona była na uboczu, z dala od imperialnego zgiełku, ale zapewniała byt na poziomie równie wysokim co stołeczny Khurt. Oczywiście, o ile przyzwyczaiło się do ryzyka, które zawsze istniało w jakimś stopniu na pograniczu. Nie cała przestrzeń kosmiczna w pobliżu Racca-sei była pod kontrolą i od czasu do czasu pojawiały się różnorakie zagrożenia, z którymi należało radzić sobie na bieżąco.
  Właśnie taka sytuacja miała obecnie miejsce.
  Ośmioosobowy oddział poruszał się szybko, długimi, dynamicznymi skokami. Celowo trzymali się przy ziemi zamiast latać - tłumili swoją chi. Nie chodziło o to, by ukryć się przed przeciwnikiem, ale uniknąć wystraszenia go. Coś lub ktoś zabijał mieszkańców Racca-sei, a oni na to coś, lub tego kogoś, polowali. Właśnie dlatego woleli na razie się nie ujawniać.
  Błękitna skóra i zabarwione różnymi odcieniami zieleni (przycięte krótko, jak to w wojsku) włosy każdego z wojowników zdradzały ich przynależność do Neev, najpotężniejszej z ras Imperium. Ich obecność sugerowała, że sprawa jest poważna - takich oddziałów nie posyłano do błahostek. Wszyscy mieli na sobie najnowszej generacji stroje bojowe, nawiązujące stylistyką do pancerzy lekkiej piechoty z dawnych czasów.
  Grupa zatrzymała się przy kolejnych zgliszczach. Z luksusowej rezydencji, należącej zapewne do jakiegoś bogatego inżyniera lub plantatora, zostały tylko dymiące ruiny. Fragmenty budynków, zarówno samego domu mieszkalnego jak i garażu czy innych budynków gospodarczych, rozrzucone były po okolicy. Gdzieniegdzie dało się zauważyć plamy krwi i jakieś bliżej niezidentyfikowane szczątki. Właściciele prawdopodobnie zdążyli się ewakuować. Na wpół zjedzone, czy raczej pożarte, zwłoki należały raczej do służby i innego mniej istotnego personelu.
  Dowódca oddziału podszedł do jednej z krwawych plam zdobiących - do niedawna idealnie utrzymany - trawnik. Musnął powierzchnię krzepnącej posoki dwoma palcami i roztarł ją kciukiem.
  - Cokolwiek to było, jest blisko - stwierdził, niskim, mrukliwym głosem.
  - No to, kurwa, znajdźmy to i rozwalmy - wycedził przez zęby Molar, często miewający kłopoty z utrzymaniem języka za zębami.
  Horn, bo tak miał na imię dowódca, nie zareagował, przyzwyczaił się już. Dyscyplina werbalna nie była najmocniejszą stroną jego ludzi. Ale czego innego spodziewać się można po grupie zadufanych w sobie indywidualistów. Każdy z nich (poniekąd słusznie) uważał się za zupełnie wyjątkowego. Wbrew swojej naturze, musieli pracować zespołowo i słuchać rozkazów. Mogli tworzyć - i w swoim mniemaniu tworzyli - najbardziej elitarną z elitarnych jednostek Imperium. Jednak pod względem skuteczności zazwyczaj ustępowali wielu teoretycznie słabszym grupom.
  Mimo tego, Horn nie zamieniłby dowództwa nad tym oddziałem na nic innego. Jego ludzie go uwielbiali, a on uwielbiał ich. Wbrew pozorom.
  - No więc, dowódco - ostatnie słowo zostało wymówione bez choćby cienia szacunku - będziemy tu tak stać czy ruszymy dupy i załatwimy to coś, zanim zeżre jakiegoś następnego geniusza cyber-inżynierii? - zapytał Sting, pierwszy oficer "Dzikich Bestii", jak sami nazwali się wojownicy, który miał tendencje do podważania decyzji i autorytetu Horna. Czuł się usprawiedliwiony ze względu na to iż swojego czasu w akademii osiągnął najlepszy w historii wynik w teście kończącym szkolenie. Jego rekord do tej pory nie został pobity. Sądził... nie, on WIEDZIAŁ że nadciąga chwila, w której zastąpi przełożonego jako nowy lider.
  Reszta oddziału uśmiechnęła się na te słowa. Wszyscy dobrze znali ambicje Stinga. Nauczyli się też traktować je z odpowiednio dużym przymrużeniem oka.
  - Zamierzasz pisać kolejny anonimowy donos opisujący niekompetencję naszego dowócy, czy użyjesz jednego z wcześniejszych szablonów? - Task nigdy nie tracił okazji na dogryzienie aspirantowi.
  - Mnie najbardziej podobał się ten z ignorowaniem "publicznie prezentowanej potencji" - wtrącił Feng.
  - A to nie miał być "powszechnie widoczny potencjał"?
  - Tak, dopóki ktoś nie odgadł hasła do jego skrzynki...
  Task i Feng zawsze twierdzili, że drugiego takiego cyrku jak ta armia nigdzie by nie znaleźli, więc tu doskonale spełniali się w roli klaunów. Poza poczuciem humoru wyróżniały ich rozmiary. Rasa Neev ogólnie była dość rosła, zarówno mężczyźni jak i kobiety mieli średnią wzrostu powyżej dwóch metrów. Niektóre z Dzikich Bestii dość znacznie od tej średniej odstawały, a ogromny Task starczyłby chyba do skonstruowania dwóch Stingów. Feng był niewiele mniejszy. Ci, którzy poznali ich bliżej musieli uznać, że z dwojga złego to lepiej, że para gigantów prezentowała luźne podejście do życia. Wielu istotom zapewne uratowało to życie.
  Najbardziej Feng i Task lubili przekomarzać się z Klou, jedyną w oddziale kobietą. Zwykle przedstawicielki tak zwanej słabszej płci nie mogły wstępować do elitarnych grup bojowych Neev. Przeznaczano im raczej role w gwardiach wysoko postawionych oficjeli. Rzeczona niewiasta w swoim roczniku w akademii osiągnęła jednak drugi rezultat... zaraz po Stingu. Otrzymała wówczas osobiste pozwolenie na wybór przydziału od Jego Wysokości Imperatora i od tej pory stanowiła przez to dla dowództwa przysłowiowy wrzód na dupie. Celowo oddano ją pod komendę Horna, sądząc że nie uda się jej na dłuższa metę dorównać reszcie wojowników, lub też, że wykończą ją psychicznie. Póki co wytrzymywała.
  Kolejnym dowodem na to, że dowództwo traktowało oddział Horna może nie jak śmietnik, ale co najmniej pojemnik oznaczony "inne", był Edge. Na pierwszy rzut oka wyróżniał się głównie paskudną gębą. W przeciwieństwie do pozostałych Dzikich Bestii nigdy jednak nie uczęszczał do sławetnej Akademii Wojny. Nie pochodził też z żadnej z imperialnych biofarm, gdzie naukowcy dobierali optymalne zestawy genów, starając się tworzyć żołnierzy idealnych. Niemal wszyscy wchodzący w skład elitarnych oddziałów wojownicy byli właśnie efektem lat pracy specjalistów od bioinżynierii. Edge stanowił wyjątek. Plotka głosiła, że podrzucono go jednemu z ośrodków wychowawczych zajmujących się opieką nad narodzonymi w laboratoriach dziećmi. W obecnych czasach zjawisko porzucania potomstwa wśród Neev niemal się nie zdarzało. Najbardziej prawdopodobna teoria głosiła, że wyhodowano go gdzieś jako nielegalny eksperyment. Niesankcjonowane zabawy genami były zakazane pod karą śmierci, co nie znaczy że nie miały miejsca, zazwyczaj z opłakanymi skutkami dla obiektów. Czasem jednak noworodki przeżywały i zamiast na śmietnik trafiały właśnie do ośrodków wychowawczych.
  Okazało się, że Edge nie tylko nie miał problemów z dotrzymaniem kroku wszystkim oficjalnym wychowankom ośrodka, ale często ich przewyższał i pnąc się w oddziałach wojskowych szczebel po szczeblu w górę, trafił wreszcie do najściślejszej czołówki. Lekarze i biolodzy wzięli jego geny pod lupę i ustalili, że narodziny kogoś takiego w naturalny sposób są co prawda możliwe, ale ekstremalnie mało prawdopodobne. Obliczono, iż wśród stosunkowo nielicznych we wszechświecie Neev mogłoby się to wydarzyć raz na dwanaście tysięcy pokoleń, czyli właściwie nigdy.
  Tworzeni przez naukowców wojownicy nie byli oczywiście identyczni, a proces ich hodowania nie polegał na prostym klonowaniu. Także w oficjalnych biofarmach, w poszukiwaniu jak najlepszej mieszanki cech dużo eksperymentowano. Bywały i eksperymenty mniej udane, czego żywy przykład stanowił Sorin, kolejny z Dzikich Bestii, którego kod genetyczny został zanieczyszczony podczas modyfikacji. Umysłowo był całkowicie sprawny, ale pod względem sprawności fizycznej nie mógł się mierzyć nawet z przeciętnym Neev-jinem. Nikt nie dawał mu większych szans na jakakolwiek karierę, Sorin jednak braki w genach nadrabiał uporem. Kiedy tylko przestał rosnąć poddał się cyborgizacji. Słabość jego układu odpornościowego okazała się tu błogosławieństwem, gdyż paradoksalnie dzięki niej implanty przyjęły się doskonale. Wątłe mięśnie, delikatne ścięgna i ułomne kości zostały wymienione na doskonalsze, syntetyczne. Wkrótce potem bili się o niego wszyscy dowódcy. Sorin wybrał Horna. Prawdopodobnie dlatego, że tutaj nie wyróżniał się aż tak bardzo.
  Ostatnim żołnierzem należącym do grupy był Molar, o którego Horn sam poprosił. Znali się jeszcze z akademii. Poza tym, że miał niewyparzoną gębę, na tle reszty krępy wojownik był raczej przeciętny. Niekoniecznie należało to odczytywać jako wadę. Może nie wyróżniał się niczym szczególnym, ale za to zdecydowanie stanowił najsolidniejszy punkt oddziału. Kiedy trafiało się jakieś zadanie, którego absolutnie nie można było skrewić, to właśnie Molarowi zazwyczaj przypadało.
  - Horn! - Sting zirytował się nieco widząc, że dowódca nie zwrócił uwagi na jego wcześniejsze ponaglenie. - To naprawdę nie jest dobry moment na kontemplację okolicy.
  - Moja "kontemplacja" okolicy uchroni nas za chwilę od biegania w kółko, Sting. Chyba, że ty już dawno odkryłeś w którą stronę powinniśmy teraz ruszyć.
  - To chyba dość oczywiste. Cokolwiek zabija tutejszych mieszkańców idzie prostą drogą.
  - Niezupełnie. Ostatnie pobojowisko, które badaliśmy było mniej świeże niż przedostatnie. Cokolwiek zabija nie idzie prosto zabijając wszystko po drodze, raczej od jednego... - tu urwał, szukając odpowiedniego określenia - ...siedliska zwierzyny udaje się do kolejnego.
  - Nie wydaje mi się... - Klou od dłuższej chwili wpatrywała się w holograficzną mapę okolicy. Region Leeh nie był na tle reszty planety zbyt bogaty, ale bardzo ładny. Wprost idealny jako tereny mieszkalne. Ponieważ zaś specjaliści i inni bogacze pracujący na Racca-sei nie lubili tłoku, ich rezydencje leżały w oddali jedna od drugiej, zazwyczaj co kilka kilometrów. Do momentu przybycia Dzikich Bestii zniszczonych zostało kilkanaście takich posiadłości. Lokalne siły bezpieczeństwa, wysłane, by zaradzić problemowi, po prostu nie wróciły. Oddział Horna przybył szybko, ale na razie nie zdziałał wiele. Już po ich lądowaniu na planecie zniszczone zostały kolejne cztery rezydencje... Pięć, licząc tą w której zgliszczach znajdowali się aktualnie.
  - Spójrzcie na to - kontynuowała Klou, powiększając mapę tak, by wszyscy mogli dojrzeć szczegóły. - Te punkty to zaatakowane domy. Cyfry to kolejność. Po dołożeniu do tego wcześniejszych miejsc ataku widać, że agresor dotarł do tej okolicy mniej więcej po linii prostej, a potem - obrysowała koło wokół ostatnio zaatakowanych "kropek" - zagnieździł się w tej okolicy. Zobaczcie... Biorąc pod uwagę kolejność wychodzi, że bazę, norę, czy jak to nazwać ma gdzieś tutaj.
  - Hmm... - Sting, trochę zdeprymowany faktem, że to nie on na to wpadł, postanowił zabłysnąć w końcówce: - ...w takim razie następnym celem będzie ta rezydencja. - Wskazał punkt.
  Jakby na potwierdzenie jego słów, mapa w tym miejscu zabłysła na czerwono. Jednocześnie rozległ się sygnał alarmowy.
  - Chyba coś zepsułeś - skomentował Fang.
  - Nie teraz! - uciął Horn. - Idziemy!
  Nadal tłumiąc chi, ruszyli w kierunku celu. Prowadził jak zwykle Sting, który lubił być zawsze pierwszy we wszystkim. Spiesząc się nie mieli zbytnio czasu na podziwianie okolicy. Ta zaś była naprawdę zachwycająca: lekko pagórkowata, porośnięta gdzieniegdzie niewielkimi zagajnikami, wypełnionymi różnymi gatunkami ozdobnych drzew i krzewów. Tu i ówdzie błyskała tafla jeziorka z kryształowo czystą wodą. Na innych planetach w takich miejscach spędzało się wakacje. Nie dziwiło, że prawie każdy chciał tu zamieszkać.
  Oddział w milczeniu, przerywanym od czasu do czasu wymienianymi półgłosem uwagami między Fengiem i Taskiem, zbliżał się do celu. Zgodnie z regulaminem i nakazami zdrowego rozsądku podeszli bardzo ostrożnie. Jak się okazało - słusznie.
  - O kurwa - stwierdził Sting, który pierwszy wychylił się zza pagórka i ujrzał całą sytuację - Scarr'gon.
  Reszta grupy podczołgała się ku szczytowi i także ostrożnie ogarnęła wzrokiem pobojowisko.
  Bestia miała dobre pięć metrów wysokości. Pokrywał ją czarny, chitynowy pancerz. Zarówno przednie jak i tylne odnóża były potężnie umięśnione, te pierwsze dodatkowo zakończone masywnymi kleszczami. Pod głęboko osadzonymi w czaszce, niewielkimi żółtymi oczami znajdowały się dwie ociekające jadem, śliną i krwią żuwaczki.
  Aktualnie stwór zajęty był pożeraniem jednego z mieszkańców zniszczonej najwyraźniej przed chwilą posiadłości. Przytrzymując ofiarę lewymi szczypcami prawymi urwał jej pół korpusu i wsadził go sobie do paszczy, miażdżąc i przeżuwając, z paskudnie brzmiącym chrzęstem i chrupaniem.
  - Faktycznie Scarr'gon - potwierdził Horn. Wypowiadanie oczywistości na głos go uspokajało. - To tłumaczy, czemu nie wyczuliśmy jego chi. - Scarr'gony miały naturalny mechanizm tłumiący wydzielanie energii. - Musimy być ostrożni, bez trudu może rozwalić całą planetę...
  - Wiemy... - uświadomił dowódcę Sorin, łypiąc prawym, cybernetycznym okiem. - Przecież walczyliśmy już ze Scarr'gonami.
  - Chyba nikt nie przeżył - Molar ocenił sytuację. - Za długo opieprzaliśmy się w miejscu poprzedniego ataku. - Spojrzał wymownie na Horna. Ten jednak tego nie dostrzegł, skupiając się na potworze.
  - Może to i lepiej - mruknął pod nosem Feng - nażre się, to nie będzie taki szybki.
  - Wielki... - stwierdziła Klou, która także utkwiła wzrok w potworze - ...i paskudny.
  - Wszystkie Scarr'gony są wielkie i paskudne - skomentował Sorin.
  - Nie. Wszystkie są duże i brzydkie - uśmiechnęła się kobieta - ten jest Wielki. I Paskudny.
  - Kicia ma rację - powiedział Task, nie odrywając oczu od lornetki. On i Feng nigdy nie określali Klou po imieniu. - Jest wyjątkowo wielki i wyjątkowo paskudny... Chyba nawet brzydszy od ciebie, Edge...
  - Niemożliwe, pokaż! - Feng zabrał przyjacielowi lornetkę i sam dobrze się przyjrzał. - Patrz, rzeczywiście! Ale za to zachowuje więcej kultury przy jedzeniu.
  - No, nie zakładałbym się... Widzisz jak tamta noga wystaje mu z paszczy? - Task miał zapasową lornetkę.
  - Hehe, widzę.
  Edge nie komentował, uśmiechnął się tylko. Lubił słuchać przekomarzania towarzyszy, choć sam rzadko brał w nim udział. Nie czuł się tak błyskotliwy jak oni, poza tym był raczej małomówny.
  Horn pozwalał na takie wymiany zdań, bo rozładowywały stres i wbrew pozorom pozytywnie wpływały na wzajemne kontakty żołnierzy. Żarty z ofiar Scarr'gona raczej także nie mogły zaszkodzić. Tamtym przecież było już wszystko jedno...
  - Dobra, przymknąć się - krótko uciszył wszystkich. - Trzeba go wykończyć. Znacie swoje role. Nie szarżujcie, bo sam na sam nikt z nas nie ma szans. Gotowi?
  Wszyscy wojownicy potwierdzili skinięciem głowy, z wyjątkiem Fenga, który ziewnął demonstracyjnie.
  - Teraz!
  Zareagowali tak jak ich szkolono. Scenariusz walki ze Scarr'gonem zawsze rozgrywano identycznie. Pancerz bestii w naturalny sposób odbijał energię chi, zaś fizycznie potwór był dla nich za silny. Mieli tylko jedno wyjście - część z nich musiała odwrócić jego uwagę, a inni, korzystając z okazji, trafić go w jedno z oczu.
  Brudną robotę, czyli skupienie na sobie uwagi Scarr'gona odwalali zwykle "fizyczni" czyli twardziel Edge, cudowne dziecko Sting i na pół metalowy Sorin. Rolę snajperów pełnili, najwięksi i najmniej ruchliwi Task i Feng. Wedle własnych słów, byli za głupi, by jednocześnie spieprzyć tę samą sprawę.
  Sorin przeleciał obok Scarr'gona dość szybko, by tamten uznał go za ruchomy cel, ale wystarczająco wolno, by ostrzelać go paroma chi-blastami. Celował oczywiście pod nogi stwora, tak by wzbić możliwie dużo dymu i kurzu.
  Nie trzeba było długo czekać by Scarr'gon z wściekłym rykiem i rozłożonymi szczątkowymi skrzydłami wypadł z chmury dymu, w pogoni za agresorem. Był szybki, ale żadnej z Dzikich Bestii to nie zaskoczyło, dokładnie taki miał być. Wcale też nie wydawał się ociężały po jedzeniu... Przed ciężkim kalectwem Sorin uratowany został przez Stinga, który zarył butem w bok głowy stwora, gdy ten był już dwa, trzy metry od swej niedoszłej ofiary. Cios nie zrobił Scarr'gonowi krzywdy, ale wytrącił go na sekundę czy dwie z toru lotu, co wystarczyło by Sorin zniknął z jego pola widzenia.
  Potwór, odzyskawszy równowagę rzucił się na aktualnie najbliższego Stinga. Wojownik uśmiechnął się tylko wrednie, rzucając się do ucieczki tyłem i strzelając potworowi w paszczękę chi-blastami, chaotycznie i niecelnie, ale obficie.
  W tym momencie nastąpiła pierwsza próba wykonania planu. Cienki promień chi uderzył pod dość ostrym katem w czaszkę potwora i odbił się rykoszetem. O kilka centymetrów ominął oko.
  Scarr'gon natychmiast zmienił kierunek lotu. Darował sobie Stinga i skręcając niemal o dziewięćdziesiąt stopni w górę ruszył w kierunku Taska, gdyż to właśnie on strzelał. Snajper nie rozważał nawet konfrontacji. Odwrócił się i odleciał tak szybko jak tylko pozwalała mu jego ogromna masa. Zbyt wolno, by uciec, ale dość szybko, by dać swojemu "gorylowi" czas na reakcję. Molar zmaterializował się przed stworem i zasadził mu w szczęko-czułki potężną fangę. Jego i Klou zadaniem była właśnie ochrona "snajperów" w takich przypadkach.
  Tym razem jednak albo Molar przecenił własne siły, albo nie docenił przeciwnika, gdyż Scarr'gon drgnął zaledwie od uderzenia i ułamek sekundy potem machnął lewymi szczypcami szeroko, posyłając Dziką Bestię w kierunku ziemi. Molar, mimo zamroczenia, częściowo wyhamował. Wylądował dość sprawnie, lekko tylko odkształcając grunt, tam gdzie jego stopy uderzyły w powierzchnię.
  Stwór nie rezygnował. Ignorując ostrzał chi-blastami z prawej flanki, nieuchronnie zbliżał się do Molara, który nie był w stanie w żaden sposób zareagować na zagrożenie. Już wydawało się, że zginie, gdy nagle, znikąd właściwie, pojawiła się Klou, kopiąc kolegę w twarz i odrzucając go ze strefy zagrożenia. Sama Klou wykorzystała impet zderzenia z twarzą Molara do odbicia się i drugą stopę wbiła w czoło Scarr'gona. Coś nieprzyjemnie chrupnęło, ale niestety dla wojowniczki raczej nie była to czaszka stwora, lecz jej noga.
  Ignorując ból zmiażdżonej stopy Klou ulotniła się. Task i Feng, wykorzystali momentalne zamroczenie potwora jako okazję do ostrzelania go kilkoma promieniami chi, bezskutecznie jednak.
  Chcąc skupić na sobie - czy raczej odwrócić od "snajperów" - uwagę bestii, Sorin wpadł z lewej i rzucił potężnym pociskiem w bok stwora. Pech chciał, że trafił pod idealnym kątem. Kula energii odbiła się od smoliście czarnego pancerza, powracając do właściciela. Sorin uniknął bez problemu. Zaabsorbowało to jednak dość jego uwagi, by nie zdołał już obronić się przed ciosem prawych kleszczy Scarr'gona. Zainkasował miażdżące żebra uderzenie. Razem z oddechem stracił przytomność.
  Potwór w tym momencie wykazał ponadprzeciętną jak na przedstawiciela swojego gatunku, inteligencję. Błyskawicznie odwrócił się i ciosem drugiej łapy odbił Stinga, który próbował go staranować. Sytuacja zaczynała wyglądać nieciekawie.
  Z powietrza posypały się kolejne strzały, jednak i tym razem zarówno Task jak i Feng spaprali sprawę, gdyż żaden nie trafił choćby w okolice oczu Scarr'gona.
  Potwór wyprostował się, zaryczał i spojrzał na nich. W jego paszczy zabłysło fioletowe światło.
  - O kurwa! - skomentował Feng, rzucając się do ucieczki. Nikt nie miał szans przeżyć zionięcia Scarr'gona. Jedynym wyjściem było oddalić się poza zasięg... o ile było się dość szybkim.
  Z jakiegoś powodu, mimo ogromnego zagrożenia, Task postanowił zaryzykować. To przecież była idealna okazja by wygrać! Jeden precyzyjny strzał w oko zakończyłby sprawę, wystarczyło trafić zanim potwór zakończy koncentrację energii. Całe trzy sekundy na celowanie... Rzadko zdarzało się aż tyle. Nie mogło się nie udać!
  Ta decyzja miała się okazać najważniejszą w jego życiu.
  Cienki strumień chi wystrzelił z palca wskazującego Taska, trafiając Scarr'gona dokładnie między oczy. Pancerz stwora nie został choćby draśnięty, a smużka energii odbiła się zupełnie niegroźnie.
  W tym samym momencie z paszczy potwora wystrzeliła potężna, aż gotująca się od energii, wściekle fioletowa fala chi o kształcie rozszerzającego się stożka. Task zdążył się jeszcze zdziwić intensywnością ataku, kiedy nagle pomiędzy nim, a Scarr'gonem coś się pojawiło. Atak potwora uderzył o tę niespodziewaną przeszkodę i, o dziwo, zatrzymał się na niej. Energia rozprysła się na boki zadziwiająco bezsilnie, zupełnie jakby istniało we wszechświecie coś, co było w stanie zatrzymać zionięcie Scarr'gona.
  Bo najwyraźniej istniało.
  Woń spalenizny wypełniła powietrze i przez ułamek sekundy Taskowi wydawało się, że jego niespodziewana osłona zaraz rozpadnie się na atomy. Jednak jakimś cudem to coś, czymkolwiek by nie było, wytrwało.
  Nawet kiedy już potwór zakończył atak i zalewająca wszystko fioletowym światłem moc rozwiała się wszyscy tkwili w tych samych miejscach, zupełnie jakby dla nich czas się zatrzymał. To, co zobaczyli przekraczało ich pojęcie. Edge, ich Edge, przyjął atak potwora na skrzyżowane przedramiona i nie zamienił sie w kupkę różowawego popiołu! Owszem, był poparzony, z jego stroju ochronnego zostały strzępy i wyglądał jakby miał zaraz wyzionąć ducha, ale przecież wciąż żył!
  - K... k... kurde... - jęknął jeszcze Edge, opadając bez życia na ziemię.
  Te słowa sprawiły, że otrząsnął się także Task, który błyskawicznie pozbawił Scarr'gona mózgu, strzałem w prawe oko.
  Walka została zakończona.
  Cała przytomna część oddziału wylądowała na Ziemi w pobliżu ścierwa Scarr'gona i nieprzytomnego Edge'a. Horn dźwigał też znokautowanego wcześniej Sorina. Molar podnosił się, nie bez pomocy, po kopniaku jakim oberwał od Klou.
  - Pieprzona dziwka! - warknął wściekle. - Chyba pękła mi szczęka - biadolił. - Kurwa, ale boli! Pojebało cię czy jak!? - ryknął w jej stronę.
  - Ja też się nad tym zastanawiam - dołączył się Feng. - To była idealna okazja się go pozbyć. Każdy sąd by cię uniewinnił.
  Sama Klou ograniczyła się do pokazania Molarowi środkowego palca swojej prawej ręki w całej jego okazałości. Skrzywiła się z bólu, gdy niechcący oparła ciężar ciała na zmiażdżonej stopie.
  - Wykazałbyś trochę zrozumienia... - upomniał go Sting. - Dziewczyna uratowała ci życie.
  - I jeszcze kurwa co? Popisówa i tyle! Nie musiała celować w twarz!
  - No... nasza lalunia mocne ma nogi - stwierdził niespodziewanie Task, zamyślony nad czym innym. - Nie chciałbyś się znaleźć pomiędzy nimi. Gdyby ścisnęła, mózg wypłynąłby ci uszami.
  - Hehe... - zarechotał Feng. - Ja chyba bym chciał się tam znaleźć. Tyle, że ona chyba nie wpuszcza byle kogo, co słonko?
  To retoryczne pytanie wywołało ogólny atak śmiechu, najgłośniej rżał sam Task, dopiero teraz łapiąc dwuznaczność swojej wypowiedzi.
  - Pocałujcie mnie w dupę - Klou udało się coś powiedzieć przez łzy i chichot.
  - Tak przy wszystkich? - zapytał Feng.
  - Ja pierwszy! - powiedział jednocześnie Task.
  To tylko wzmogło ryk, bo inaczej nie dało się tego już nazwać. Jedynym, który się nie śmiał był Horn.
  - Jakkolwiek pewien jestem, panowie - zaczął poważnie - że nie marzycie o niczym innym jak tylko o całowaniu dup, to jednak będziecie to musieli odłożyć na późniejszy termin. W jednostce mogę wam nawet zaoferować swoją. Jest spora, starczy dla wszystkich. Na razie jednak proponuję się opanować i zająć naszymi rannymi. - Przejechał wzrokiem po wszystkich. - Nie wiem czy zauważyliście, ale Edge zatrzymał zionięcie Scarr'gona.
  - No w sumie... zatrzymał... - przyznał ogromny snajper, który wciąż miał tę scenę przed oczami.
  - To on żyje? - szczerze zdziwił się Sting, do tej chwili przekonany, że Edge jest martwy.
  - Wiedziałem, że jest dobry, ale... kurwa, żeby aż tak? - Molar podrapał się po głowie.
  - Tak przy okazji to... nie powinniśmy go zacząć ratować? - sucho rzuciła Klou.
  - Nie bój żaby, jak przeżył atak Scarr'gona to nie umrze od paru oparzeń - uspokoił ją Sting.
  - Klou ma rację - stwierdził Horn. - Sting, zaaplikuj mu "doktorka". Aha... - zrzucił z pleców na pół metalowe cielsko Sorina. - Jemu też, tylko uważaj, ma złamane żebra.
  Sting westchnął, wydobył z pojemnika przy pasie aplikator i wstrzyknął nieprzytomnym po dawce środka wzmacniającego.
  - Ok... spadamy stąd... - Dowódca uznał zadanie oddziału za zakończone. Co prawda nie mieli pewności, że Scarr'gon polował samotnie, ale one rzadko pojawiały się w grupach zaś Horn był ogólnie domatorem i miał trochę dość biegania po tych trawnikach. - Zawiadomcie kogo trzeba, niech to posprzątają. - Wskazał ogólnie pokrytą kraterami okolicę.
  Kolejna dobrze wykonana robota!

IB: Nie warto się wychylać

  Uniesienie powiek przyszło Edge'owi z zadziwiającą trudnością. Ostatecznie ograniczył się do otwarcia jednego oka i poczuł się bardzo zadowolony kiedy już to się udało. Mimo tego heroicznego wyczynu, otrzymał zaledwie mglisty, czy raczej zamglony obraz sytuacji. Dopiero po dłuższej chwili kontury wszystkiego wyostrzyły się na tyle, by dostrzegł, iż znajduje się w swoim mieszkaniu, a ściślej - we własnym łóżku. Za nic w świecie jednak nie mógł sobie przypomnieć jak się tu znalazł.
  Postanowił wstać... to był błąd. Przy pierwszym ruchu delikatne kłucie w czaszce przemieniło się w paraliżujący, potworny ból. Zwleczenie z łóżka kosztowało go kolejne piętnaście minut i sporo cierpień, ale wreszcie stanął na względnie równych nogach.
  Nieco chwiejnie przeszedł przez minimalistycznie urządzony pokój, zastanawiając się nad wydarzeniami poprzedniego wieczora. Musiał nieźle zapić, jeżeli teraz był w takim stanie. Nic nie pamiętał. Przejechał dłonią po potylicy, wyczuwając na niej krótkie włosy. To była fryzura, którą zwykle nosił na akcje... dziwne.
  Nagle jego wzrok padł na kombinezon bojowy, częściowo złożony na krześle... I częściowo stopiony. Coś w umyśle Edge'a zaiskrzyło. No tak... Akcja na Racca-sei, polowanie na Scarr'gona, walka...
  "Zablokowałem zionięcie Scarr'gona" - uświadomił sobie. - "Chyba mnie pogięło... Ale zaraz, przecież żyję, czyli nie zginąłem" - doszedł do oczywistego wniosku. - "Skoro tak, to inni też musieli przeżyć, przynajmniej niektórzy, bo ktoś mnie tu przyniósł."
  Czuł się zdrowy. Szybkie oględziny w lustrze potwierdziły, że nie odniósł żadnych widocznych dla oka trwałych obrażeń. Nowe stroje faktycznie musiały być niezłe...
  Podszedł do komunikatora. Na wyświetlaczu widniały powiadomienia o nowych wiadomościach: kilkanaście na kanale służbowym, z tematami dotyczącymi głównie przebiegu jego leczenia w ostatnich dniach i jedną, głosową, na kanale prywatnym. Odtworzył tę ostatnią.
  >KLIK< - Hej, stary, tu Task. Lekarze nie wiedzą kiedy, i czy w ogóle, wyjdziesz ze śpiączki, ale jakby to się stało dzisiaj to wpadnij do "Armory", będzie tam cały oddział. >KLIK<
  Edge rzucił okiem na czas otrzymania wiadomości. Zaledwie dwadzieścia minut wcześniej. Najwyraźniej to telefon go obudził.
  Nie zwlekając, przebrał się w swój ulubiony strój - luźne, białe spodnie i czarno-czerwoną kamizelkę. Chwilę zajęło mu znalezienie fryzuratora, czyli urządzenia służącego do zmiany uczesania. Przypominało wysoką, wojskową czapkę, którą zakładało się na dwie-trzy minuty, by uzyskać wcześniej zaprogramowaną fryzurę. Nic dziwnego, że biło rekordy sprzedaży, zwłaszcza wśród kobiet... oraz żołnierzy, którzy dzięki temu mogli na życzenie powracać do regulaminowej fryzury, a na co dzień nosić się tak jak tylko im się podobało. Wymiana i stymulacja cebulek włosowych trwała zaledwie kilka chwil.
  Edge zmienił fryz na taki w jakim zawsze czuł się najlepiej - względnie wysoki, punkowski czub na środku głowy, po czym wyszedł z pustawego mieszkania.
 
  "Armora" była barem, czy raczej po prostu lokalem położonym na terenie bazy elitarnych wojsk Imperium Tysiąca Słońc, w stolicy planety Khurt - Shellas City. Umiejscowienie oznaczało ekskluzywność - przybytek ten służył głównie za miejsce spotkań żołnierzy oddziałów specjalnych. Mogli tu napić się, porozmawiać, zagrać w gry hazardowe bądź elektroniczne, a także skorzystać z usług licznych prostytutek. Doprawdy centrum rozrywki wszelakiej, odpowiednio duże, by nigdy nie panował w nim tłok. Całość otrzymywała dofinansowywanie od Imperium, które dbało o swoje elity. To na ich barkach spoczywały podwaliny jego potęgi. To właśnie w "Armorze" prowadzono aktualny ranking najskuteczniejszych oddziałów. Każda grupa zarabiała punkty za udział w akcjach, a wyższe pozycje zapewniały dodatkowe przywileje i - oczywiście - premie do żołdu.
  Kiedy Edge wkroczył do środka, w interesie panował raczej średni ruch. Ostatnio było raczej spokojnie, gdyż główny wróg Imperium - Pełzacze - po stoczonej pół roku wcześniej bitwie siedział cicho, więc wielu żołnierzy otrzymało przepustki. Witany pozdrowieniami dłoni i skinieniem głów, Edge przecisnął się przez tłum i dotarł do zwykle zajmowanego przez jego oddział stolika. Poza dowódcą, wszyscy byli już na miejscu. Horn zwykł się spóźniać, a czasami w ogóle nie docierał na takie spotkania. Edge zresztą też nie zawsze dawał się namówić, jednak tym razem postanowił zrobić wyjątek.
  - Hej, znajdzie się jeszcze miejsce? - zagadnął resztę, bo pochłonięci rozmową (Feng opowiadał właśnie jakiś pieprzny dowcip) nie zwrócili na niego uwagi.
  - Co?
  - Edge?
  - Wow, ty mówisz! A wiec to uszkodzenie mózgu nie było takie groźne jak... - Task nie dokończył zdania, bo Klou palnęła go w łeb.
  - Jasne, siadaj - ktoś podsunął mu krzesło.
  - Pojebało cię, żeby blokować zionięcie Scarr'gona?
  Edge zmarszczył brwi, wzruszył ramionami i sięgnął po piwo.
  - Eee tam... Przecież wszyscy żyją, nie? - powiedział obojętnie.
  Nikt nie wiedział co na to odpowiedzieć. Po kilku sekundach niezręcznej ciszy cała grupa wybuchła śmiechem.
  - Ech, cały ty. - Task, szczerząc zęby w uśmiechu klepnął nowoprzybyłego w ramię masywną dłonią.
  Tak jak i Edge, jego koledzy z oddziału przebrali się w cywilne ciuchy i fryzury, więc oddział wyglądał nader kolorowo. Sting straszył bujną szopą w odcieniu głębokiej zieleni. Morskiej barwy włosy Taska ledwo sięgały za uszy, a jasne Fenga były związane w kitkę. Molar, dla odmiany, zrobił sobie czerwone pasemka, nigdy nie potrafił wytrzymać w takiej samej fryzurze dwa dni z rzędu. Tylko Sorin i Klou byli w tej chwili zgodni z regulaminem. Ona dlatego, że w krótkich włosach i obcisłym bojowym stroju najbardziej się sobie podobała, zaś on był po prostu łysy. Włosy i elektronika nie szły razem w parze. Cyborg miał też usztywnioną klatkę piersiową. Złamane żebra postanowił od razu wymienić na metalowe i obecnie czekał już tylko na przyjęcie się implantu.
  - Niezły skurwysyn z ciebie, nie sądziłem, że ktoś może przeżyć atak Scarr'gona. - Pochwała z ust Stinga była rzadkością.
  - Edge, wiesz co - Feng krytycznie patrzył na kolegę - kiedy leżałeś w śpiączce twoja fryzura wyszła z mody.
  - Co? - zdziwił się Edge. - Przecież... - spojrzał na zegarek - ...byłem nieprzytomny niecały jeden dzień.
  - Racja, pomyliłem się... to wyszło z mody ze czterdzieści lat temu.
  Edge tylko się wrednie uśmiechnął (inaczej nie umiał, taką już miał twarz). Chciał nawet coś odpowiedzieć, ale przerwało mu pojawienie się Horna. Dowódca podszedł do stolika i rzucił na niego kilka charakterystycznych krążków, dysków do przechowywania danych.
  - Co to jest? - zapytał zdziwiony Sting.
  - Nasze raporty! Dostałem niezły opieprz w dowództwie za to, że stroimy sobie z nich żarty. Nie uwierzyli, pojebusy jedne, że ktoś mógł przeżyć atak Scarr'gona.
  - I co my mamy z tym zrobić?
  - Nie wiem, do cholery, najlepiej przepiszcie, pomijając akcję Edge'a. Ustalcie jakąś wspólną wersję. Piwo, kurwa... w gardle mi zaschło. - Otrzymał butelkę i wychylił jej zawartość jednym haustem. - O, Edge, jesteś tu... Czy cię powaliło, żeby blokować atak Scarr'gona?
  Edge wzruszył ramionami. Horn przejechał dłonią po swoich sterczących na wszystkie strony włosach i przysiadł się.
  - Raporty oddajcie do jutra... Cholera, muszę cofnąć też drugie kopie, które poszły do naczelnego dowództwa. No nic, przynajmniej Sting będzie zadowolony jeżeli mnie zdegradują...
  - Kogóż my tu mamy? - Głos należał do odzianego w czarny mundur Neev-jina, stojącego za plecami Horna. - Czyżby DziBki postanowiły się pokazać w bazie? Sądziłem, że już dawno rozwiązano wasz oddział...
  Horn obrócił się, wstając jednocześnie. Przed oczami miał Halberda, dowódcę Morderczych Smoków, według wszelkich rankingów jednego z najlepszych oddziałów stacjonujących w bazie. Jak to ujmował Feng: zwarci aż do przesady.
  - Cześć, Hal... - Horn z przymilnym uśmiechem przywitał niespodziewanego rozmówcę, ignorując spojrzenia dwóch ponurych, tępawo wyglądających typów towarzyszących jego rozmówcy. - Tak się zastanawiałem kiedy wypełzniesz ze swojej kloaki żeby pobiadolić nad życiem...
  Halberd zmrużył oczy i uniósł górną warge, ukazując zęby. Według wspólnej teorii Fenga i Taska, jego generacja wyhodowanych w laboratoriach Neev miała usunięty gen odpowiedzialny za poczucie humoru.
  - Nie chrzań, Horn... Wytłumacz mi jakim cudem DeBe bedąc ostatnio w dołach tabeli nagle wskakują na pierwsze miejsce? Zabiliście teściową Imperatora, czy jak?
  - Nie. Ocaliliśmy Racca-sei przed największym cholernym Scarr'gonem jakiego jesteś w sobie w stanie wyobrazić. Bez strat własnych, zaledwie trójka rannych, i wszyscy już na nogach - wyjaśnił prostodusznie Horn. - Ale nie przejmuj się, upolujesz ze swoimi eMeSami jeszcze trochę Pełzaczy... tak gdzieś z trzysta, a bez trudu nas dogonicie.
  - Kurwa. - Halberd nie znajdując innych słów na odpowiedź odwrócił się i odszedł, a za nim jego obstawa.
  - Serio jesteśmy pierwsi? - zapytał Edge, spoglądając na tablicę. Faktycznie, wyprzedzali Mordercze Smoki i to sporo. - No to nieźle, ostatnio byliśmy chyba na siódmym?
  - A co to do cholery za różnica? - syknął Horn, wyraźnie zirytowany. - Tego co mamy na kontach i tak nie przejemy, nie przepijemy, ani nie przepieprzymy do końca życia. Uwierzcie mi, takie zwracanie na siebie uwagi tylko może na nas sprowadzić kłopoty. - Gdyby dowódca Dzikich Bestii wiedział jak bardzo ma rację, przeraziłby się. - W życiu najlepiej być pośrodku. Ani za nisko, ani za wysoko. Zresztą... jak wyjdzie ta sprawa z raportami spadniemy pewnie o jakieś miejsce czy dwa. Za "niesubordynację i zachowanie niegodne żołnierza", jak zwykle. Pieprzyć ich. - Otworzył drugie piwo i przechylając się do tyłu na krześle zaczął je pić. Zamierzał chyba pochłonąć całą zawartość butelki naraz.
  - Dowódca Horn? - usłyszał nagle zza pleców. Stracił równowagę i niemal się przewrócił razem z krzesłem. Powrócił do pozycji pionowej, krztusząc się piwem i plując przekleństwami.
  - Tak, to ja... - powiedział w końcu, stając obok stolika. - "Całe szczęście, to te bezmózgie automaty" - pomyślał. Faktycznie, stały przed nim dwie maszyny bojowe typu "Centurion". Masywne i kanciaste sylwetki nie próbujące nawet z wyglądu przypominać żadnej istniejącej rasy. Wnioskując z oznaczeń i czerwonej kolorystyki: straż pałacowa. Samą posturą i typowo mechanicznym spokojem robiły wrażenie na każdym. No... prawie każdym. Połowa Dzikich Bestii była od nich większa.
  Niezależnie od tego czy respektowało się je, czy nie, pewne było, iż żaden żyjący wojownik nie jest w stanie z nimi rywalizować.
  - Pan i pański oddział jesteście oczekiwani w pałacu przez Jego Wysokość Imperatora, w trybie pilnym, względnie natychmiastowym - przemówił beznamiętnie robot.
  - Przejebane... - mruknął Feng.
  Oddział posłusznie, bez dodatkowych komentarzy, wstał ze swoich miejsc i ruszył za Centurionami do wyjścia. Po drodze nikt nawet nie próbował się do nich odzywać.
 
  - Jak myślicie o co tym razem chodzi? - zapytała cicho Klou.
  Znajdowali się w w holu pałacu, oczekując na audiencję u Imperatora, otoczeni przez Centurionów. Tak to już bywa z władzami - najpierw wzywają w "trybie pilnym, wręcz natychmiastowym", a potem i tak trzeba czekać.
  - Jak to "tym razem"? - zaciekawił się Edge.
  - Aha, racja, ciebie nie było jeszcze wtedy z nami... Kiedyś już Imperator wezwał nas do siebie.
  - Chodziło w sumie o to, że mimo doskonałych wyników indywidualnych, nasz oddział znajdował się naprawdę w dołach tabeli, ale takich prawdziwych - wyjaśnił Horn.
  - Byliśmy w okolicach dwudziestego miejsca - wtrącił Sting. - Nie za bardzo potrafiliśmy się zgrać jako zespół.
  - Dokładnie. Jak mówiłem, nie warto się wychylać, ani w jedną, ani w drugą, najlepiej być pośrodku. Imperator wezwał nas, rzucił nam kazanie... skuteczne kazanie. Delikatnie mówiąc, zmobilizował nas do większego wysiłku i starań w kooperacji.
  - On ogólnie bardzo nie lubi kiedy ktoś marnuje swój potencjał - powiedział Task, podobnie jak reszta grupy wyraźnie zdenerwowany.
  - I tak po prostu posłuchaliście? - Edge'owi trudno było uwierzyć, by ktoś zdołał aż tak wpłynąć na tę bandę indywidualistów.
  - Od razu widać, że nie spotkałeś nigdy Imperatora - syknął Sting, po raz trzynasty próbując bezskutecznie okiełznać fryzurę. - Nie gadałbyś takich bzdetów... Nie wiesz jak on wpływa na ludzi.
  Zadziwiające było jak sama perspektywa spotkania z władcą wpływała na cały oddział. Feng i Task, zwykle nawijający bez przerwy, siedzieli cicho jak trusie. Sting, nigdy nie okazujący słabości, niemal drżał ze zdenerwowania. Molar klął cicho pod nosem, starając się nie patrzeć na boki. Sorin po prostu się wyłączył, albo przynajmniej udawał. Klou nie uśmiechała się już szelmowsko - co rusz sprawdzała, czy w jej stroju nie ma żadnych uchybień dla regulaminu. Nawet Hornowi zniknął z oczu ten charakterystyczny dla niego błysk pewności siebie, który budził taki szacunek wśród Dzikich Bestii.
  Atmosfera zaczęła się udzielać także Edge'owi. Znał swoje miejsce w oddziale. Wiedział, że pod względem możliwości bojowych, jest w stanie rywalizować i zwyciężać z każdym. Wiedział też, że nie dorównuje im błyskotliwością umysłu. Nie był głupi, co to to nie. Nigdy nie miał problemu z rozumieniem czegokolwiek, a w testach inteligencji też zawsze osiągał ponadprzeciętne wyniki. Nawet w rozszerzonej skali według której oceniano żołnierzy elitarnych oddziałów. Nie miał jednak tej jasności i szybkości kojarzenia, pozwalającej rzucać dowcipnymi uwagami podczas rozmowy.
  Teraz, widząc jak wojownicy których cenił i podziwiał zachowywali się jak uczniaki wezwane na dywanik do dyrektora, także zaczął tracić rezon. Przestał się czuć jak żołnierz, jak wojownik, a bardziej jak czyiś podwładny. Nie było to przyjemne uczucie, wręcz przeciwnie, diabelnie niekomfortowe.
  Wszyscy drgnęli nerwowo kiedy drzwi do głównej sali otwarły się. Stał w nich odziany w ciemny, reprezentacyjny strój Seitac-jin, "mózgowiec" jak nazywali przedstawicieli ich rasy wojownicy Neev. Seitac zajmowali większość ważnych stanowisk w Imperium, słynęli z ogromnej inteligencji. Ten tutaj wyglądał na kogoś ważnego.
  - Witajcie, Dzikie Bestie - przywitał ich. Mimo niedorzecznej treści zdania, zdołał je wymówić tonem pełnym szacunku. Żółnierze wybrali takie właśnie miano częściowo dla żartu, ale teraz wcale nie było im do śmiechu. - Na imię mi Haetlock i jestem, jak może wiecie, pierwszym ministrem. - Popatrzył po nich, ale w niczyich oczach nie dostrzegł błysku zrozumienia. Cóż, żołnierze rzadko interesowali się polityką. - Wybaczcie, że musieliście czekać, ale nasz Imperator chciał, by wszystko zostało odpowiednio przygotowane. Zechcijcie podążyć za mną... - Odwrócił się i ruszył przed siebie.
  - Dobra... idziemy - powiedział Horn - ale rządkiem i ani mru-mru. - Podążył za Haetlokiem, a oddział potulnie za nim. Starali się nie rzucać w oczy, co jednak było ekstremalnie trudne, zważywszy gabaryty i krzykliwe stroje większości.
  Sala tronowa niespodziewanie przywitała ich mieszanką smakowitych zapachów i nietypowym wystrojem. Zastawione jedzeniem, ustawione w tradycyjną podkowę stoły, zwrócone w kierunku pustego tronu, kojarzyły się z tradycyjną jadalnią. Panował półmrok, dając wiarygodność powszechnie krążącej plotce o awersji Imperatora do nadmiernego oświetlenia. Wojownicy szli, oniemiali, po wypolerowanej do granic możliwości posadzce, pomiędzy dwoma rzędami pokłonionych służących. Stopniowo uświadamiali sobie, że ucztę przygotowano dla nich i tylko dla nich. Osiem pustych krzeseł już czekało. Pierwszy minister wskazał dwa centralne Hornowi i Stingowi, dwa kolejne Edge'owi i Klou, następne Molarowi i Sorinowi, a ostatnią parę Fengowi i Taskowi. Dwaj dowcipinisie siedzieli już na łuku, bokiem do tronu i zapewne nie przypadkiem zostali od siebie maksymalnie oddaleni.
  Blaty niemal uginały się od różnorakiego jedzenia i napitków. Zestaw potraw zadowoliłby najbardziej wybrednego smakosza. Niektóre z nich były bardzo rzadkie i niemal niedostępne w oficjalnym obiegu. Sting z radością dostrzegł tuż przed sobą miseczkę niezwykle drogich raxiańskich jagód. Molar, będący, jak to określał, koneserem mocnych trunków miał przed oczami "dwustuprocentowy" spirytus z Eker-sei. Najmocniejszy alkohol w znanym kosmosie. Zakazany właściwie wszędzie, co nie przeszkadzało, by planeta w dużej części utrzymywała się z jego eksportu. Sprzedawali wszystkim, choć oficjalnie nikt nie kupował. Nawet Sorin dostrzegł coś co lubił. Jego układ pokarmowy nie tolerował wielu zwykłych pokarmów i zazwyczaj cyborg musiał ograniczać się do łatwych do strawienia past. Płyn otrzymywany z minerałów Thirra stanowił jeden z nielicznych wyjątków. Cena przysmaku osiągała jednak astronomiczne kwoty, ponieważ był to surowiec nieodnawialny. Proces jego powstawania trwał kilka milionów lat.
  - Proponuję byście nie ograniczali się i korzystali z dobrodziejstw uczty. Imperator przeprasza, że nie może się wami od razu zająć, ale liczy iż wybaczycie mu spóźnienie, gdyż pochłaniają go niezwykle ważne sprawy. Przybędzie do was jak tylko będzie mógł. - Nikt nic nie powiedział. - Gdybyście czegokolwiek potrzebowali wystarczy, iż dacie znak któremuś ze służących. - Opuszczę was teraz, jeśli pozwolicie. Postaram się powrócić wkrótce i przynajmniej udzielić wam informacji na temat długości waszego oczekiwania.
  "Imperator przeprasza?!?" - buzowało w głowie Horna. - "Co to ma do kurwy nędzy być? Ostatni posiłek? I skąd oni do ciężkiej cholery wytrzasnęli taką czekoladę?" - Niewielu o tym wiedziało, ale miał słabość do czekolady. Ta tutaj zabijała go samym zapachem.
  Żadna z Dzikich Bestii nie śmiała choćby drgnąć. Siedzieliby pewnie tak długo, gdyby wreszcie Edge nie sięgnął po jakąś bułkę. Wszyscy momentalnie spiorunowali go wzrokiem.
  - No co? - zapytał, odgryzając kawałek. - Nicz nie jatłem ot oftatniej mifji.
  - Kurde, ja też jestem głodny... - Sting wykonał niepewny ruch w kierunku raxiańskich jagód, a kiedy zauważył, iż wcale nie wywołało to ataku oddziału Centurionów, odważył się nawet nałożyć sobie trochę i spróbować. To były prawdziwe raxiańskie jagody!
  Zachęceni przykładem, inni także wreszcie zdecydowali się na skorzystanie z gościnności Imperatora. Co ciekawe, ulubione dania każdego z nich stały odpowiednio blisko. Imperialny wywiad musiał doskonale znać ich gusta.
  Najdłużej zwlekał Molar, ale i on wreszcie zmiękł. Butelka ekerskiego spirytusu została napoczęta.
 
  Monitory przedstawiały salę tronową ujętą pod różnymi kątami. Osiem z ekranów nich ukazywało twarze Dzikich Bestii, ucztujących z coraz mniejszym skrępowaniem. Inne dawały szerszą perspektywę.
  Skrzydła automatycznych drzwi rozsunęły się, do pomieszczenia wszedł pierwszy minister Haetlock.
  - Panie... - zaczął, składając pokłon. - Zgodnie z twoim rozkazem są na miejscu. Edge to...
  - Nie trzeba... wiem, który z nich to Edge - przerwał mu głęboki głos ukrytego po części w mroku mężczyzny. - Muszę przyznać, że jest młodszy niż... się spodziewałem.
  - Według danych, które otrzymaliśmy ma dwadzieścia sześć lat. Dopiero co osiągnął dojrzały wiek, Neev to długowieczna rasa... - umilkł, orientując się, że mówi rzeczy oczywiste.
  Obaj przez chwilę milczeli, Imperator spojrzał jeszcze raz na monitory.
  - Powiedz im, że przybędę za dwie godziny. Wymyśl jakiś powód.
  - Wedle rozkazu.
 
  Horn ukradkiem sięgnął po czwartą filiżankę czekolady. Nie chodziło już w sumie o to, iż obawiał się nadużyć gościnności, tylko o sam fakt by nie zbłaźnić się przed własnymi żołnierzami. Lepiej jeżeli sądzili, że ich dowódca nie ma żadnych słabości. Jadł więc umiarkowanie, ostrożnie - katastrofą byłoby gdyby w kąciku ust zostały mu brązowawe plamy - zaś nie pił w ogóle. Wolał zachować maksimum czujności, w końcu nie wezwano ich tu na imprezę, tylko z jakiegoś powodu. Rzucił okiem na zegarek, dwie godziny minęły kilkanaście minut wcześniej, co oznaczało, że Imperator mógł pojawić się...
  Jedne z bocznych drzwi otworzyły się, wszedł przez nie Haetlock w obstawie dwóch Centurionów.
  ...w każdej chwili.
  Zaraz za pierwszym ministrem kroczył ON - postać której nie dało się zapomnieć. Wyższy od Centurionów zaledwie o pół głowy, wrażenie robił nie rozmiarem, ale... obecnością.
  Każdy krok Imperatora wydawał się lekko wstrząsać otoczeniem. Było to tylko wrażenie, ale całkowicie nieodparte. Momentalnie gwar przy stole ucichł. Oczy wszystkich Dzikich Bestii utknęły w postaci władcy. Ubrany w okrywający całe ciało masywny płytowy pancerz, w tej chwili bardziej przypominał wojownika, niż którykolwiek z jego żołnierzy. Razem z Imperatorem do pomieszczeniu pojawiła się specyficzna atmosfera, poczucie... czegoś nieokreślonego. Czegoś, co nie pozwalało sprzeciwić się jego słowu. Wrażenie, że mógłby zgnieść każdego lekkim ruchem swojej jedynej, prawej ręki. Z lewej pozostał zaledwie kikut, kończący się tuż powyżej łokcia.
  Nazywano go Imperatorem Bez Twarzy, gdyż ta zawsze kryła się za jasnoszarą, delikatnie wypukłą maską. W nieskazitelnej powierzchni wyróżniały się tylko ciemnobłękitne otwory na oczy.
  Horn wstał, a zaraz po nim także reszta oddziału (Molar lekko chwiejnie). Imperator powstrzymał ich łagodnym gestem.
  - Proszę, usiądźcie - przemówił głębokim, lekko chropowatym głosem. - Bez pokłonów, dzisiaj jesteście moimi gośćmi.
  Dzikie Bestie posłuchały aż nadto sprawnie. Momentalnie wszyscy spoczywali z powrotem na swoich miejscach. Imperator rzucił im długie spojrzenie, po czym znów przemówił:
  - Przede wszystkim przyjmijcie moje przeprosiny za to, że kazałem wam czekać. - Wszyscy skwapliwie pokiwali głowami na znak, że przyjmują. - Zapewne zastanawiacie się dlaczego was tu wezwałem?
  - Przypuszczam... - zaczął Horn. Nikt mu nie przerwał, więc mówił dalej: - Przypuszczam, że chodzi o naszą ostatnią misję, raporty z niej i nasz skok w rankingu.
  Imperator spojrzał w jego kierunku chłodnym, błękitnym wzrokiem, po karku Horna pociekła kropelka potu.
  - Masz absolutną rację, dowódco Horn.
  "Kurwa, wiedziałem! A było siedzieć cicho i się nie wychylać."
  - Wbrew temu co możecie sądzić wy, żołnierze, raportów o misjach nie wysyła się także do pałacu tylko dla formalności - tłumaczył pierwszy minister Haetlock. - Wszystkie są dokładnie analizowane.
  "No to kaplica."
  - Zwróciliśmy szczególną uwage na wasz ostatni przydział na Racca-sei, a zwłaszcza na jeden jego fragment.
  - Czy Wasza Wysokość pozwoli mi zgadywać? - odważył się Sting, widząc szansę do pokazania się z dobrej strony. - Czyżby chodziło o to, iż Edge przetrwał bezpośrednie zionięcie Scarr'gona?
  Reszta oddziału popatrzyła na niego z politowaniem. Talent Stinga do wyciągania oczywistych wniosków był im aż za dobrze znany.
  - To poprawna konkluzja - przyznał pierwszy minister. - Wywołało to...
  - Dziękuję, Haetlock. - Te dwa słowa wystarczyły by Seitac-jin urwał i kłaniając się wyszedł z pomieszczenia, wraz z Centurionami. Służący, nie wezwani zresztą ani razu w czasie uczty (bo i po co?), także gdzieś wyparowali. Dzikie Bestie zostały w pomieszczeniu sam na sam z władcą. Żołnierze nie czuli się przez to ani odrobinę pewniej.
  Przez chwilę panowała krępująca cisza, którą przerwał dopiero odgłos kroków władcy. Imperator Tysiąca Słońc bliżył się do stołów zajętych przez swój najbardziej elitarny oddział. Horn patrzył mu pod nogi, z niedorzecznym wrażeniem, że posadzka powinna kruszyć się pod ciężarem jego majestatu. Jednak, o dziwo, wytrzymywała.
  Imperator zatrzymał się już wewnątrz podkowy utworzonej ze stołów i zwrócił głowę w lewą stronę.
  - Dlaczego przyjąłeś na siebie atak Scarr'gona, Edge? - zapytał prosto z mostu.
  Edge, zaskoczony bezpośrednim pytaniem odpowiedział dopiero po chwili.
  - Ja... ja nie chciałem, żeby Task zginął - wydukał.
  - Nie - zaprzeczył Imperator, a wszyscy zgromadzeni wiedzieli, że ma rację. - Pytam: dlaczego przyjąłeś atak Scarr'gona na siebie?
  - Bo... - Edge opuścił głowę, ale zaraz ją podniósł i spojrzał w błękitne oczy-nieoczy władcy. - Bo poczułem, że mogę to zrobić, że mogę zatrzymać ten atak.
  - Tak! - Imperator kiwnął głową. - W to jestem w stanie uwierzyć. - Odwrócił się i oddalił o kilka kroków. - Powiedz, czy uważałeś się do tej pory za kogoś wyjątkowego?
  - Nie... Tak! - przyznał nieoczekiwanie nawet dla samego siebie Edge. Coś w głębi duszy mówiło mu, że stojącej przed nim postaci nie da się oszukać. Słowa same zaczęły płynąć: - Zawsze czułem, że mogę rywalizować i zwyciężać z innymi. Niezależnie od tego, gdzie się znalazłem, to uczucie nigdy mnie nie opuszczało. Widziałem słabe punkty u innych i jednocześnie nie widziałem żadnych u siebie. Na początku w to nie wierzyłem. Próbowałem się sprawdzać, testować, szukać limitów... Ale zawsze mi się udawało. Wtedy sięgałem wyżej, aż w końcu dotarłem tu, do naszego oddziału.
  Edge odetchnął głęboko. Rzadko mówił aż tyle naraz. Reszta oddziału także zdziwiło tym niespodziewanym wyznaniem.
  - Dotarłeś tam, gdzie jesteś - Imperator mówił odwrócony tyłem - i nadal uważasz, że to nie jest kres twoich możliwości, prawda? Czujesz się lepszy od reszty swojego oddziału, prawda? Wiesz, że jesteś lepszy. - Ostatnie zdanie było bardziej stwierdzeniem niż pytaniem.
  - Nie rozumiem... - Edge był trochę zdezorientowany.
  - Ależ rozumiesz! - Imperator odwrócił się gwałtownie, aż wszyscy drgnęli. - Masz poczucie wyższości nad nimi - szerokim gestem wskazał innych zgromadzonych - prawda? Wiesz, że ci nie dorównują! - zagrzmiał. - Wiesz, że jesteś o poziom wyżej od elity elit!
  - O co ci chodzi!? - Edge wstał gwałtownie, wywracając krzesło. Spoglądał prosto na władcę, zaś ten patrzył na niego. Przez chwilę spojrzenia dwóch mężczyzn zmagały się w grobowej ciszy, która zapanowała wokół.
  - Wasza wysokość, nie rozumiem... - zaczął Horn, ale zdecydowany gest władcy sprawił, że zamilkł.
  Wreszcie do Edge'a jakby dotarła świadomość tego co zrobił. Opuścił wzrok.
  - Proszę o wybaczenie - powiedział. Widać było, że słowa ciężko przechodzą mu przez gardło. - Zachowałem się niegodnie.
  Imperator rozluźnił się, najwyraźniej usatysfakcjonowany.
  - Zabrałem wam już wystarczająco dużo czasu... - powiedział niespodziewanie łagodnie. - Jeszcze odrobina cierpliwości i wkrótce będziecie wolni.
  - Ależ panie, jesteśmy zawsze na twoje roz... - zaczął Sting, ale urwał gdy Imperator zignorował go, ponownie zwracając się do Edge'a.
  - Teraz, kiedy już wiesz, że jesteś najlepszą z Dzikich Bestii, powiedz, czy naraziłbyś życie, by ratować któregokolwiek z nich? Chociażby... - palec władcy przejechał po wszystkich zatrzymując się na Molarze, starającego się odsunąć jak najdalej od siebie do połowy opróżnioną butelkę ekerskiego spirytusu - ...tego pijaczynę.
  - Molar nie...
  - Odpowiedz - cicho, ale zdecydowanie przerwał mu władca.
  - Tak... Ratowałbym każdego z nich, to moi przyjaciele.
  - To byłby duży błąd. Jesteś dużo bardziej wartościowym żołnierzem niż oni, strata ciebie byłaby dużo bardziej bolesna dla nas wszystkich niż jednego z nich.
  To była brutalna prawda, ale nawet jeżeli któryś z żołnierzy poczuł się urażony, nikt tego nie okazał. Zdawali sobie sprawę z tego, że od miesięcy Edge wyprzedzał ich coraz bardziej, bijąc kolejne rekordy w różnorakich testach. Nie dyskutowali o tym, bo też nie było o czym dyskutować. W wojskowej hierarchii nie dało się już wspiąć wyżej. On sam też wydawał się zadowolony z osiągniętej pozycji... przynajmniej do dziś.
  Sam zaadresowany milczał. Krew powoli zaczynała się w nim gotować, z trudem utrzymywał pozory spokoju.
  - A co jeżeli rozkazałbym ci nie narażania siebie, zabronił ratowania przyjaciół własnym kosztem? - padło kolejne pytanie.
  "Zgódź się, do cholery. Kto będzie w stanie to sprawdzić?" - Horn gorączkowo próbował podsunąć swojemu żołnierzowi rozwiązanie, ale nie był telepatą.
  - Nie widzę celu... - zaczął Edge, ale po raz kolejny nie mógł dokończyć zdania.
  - Odpowiedz.
  - Nie wykonałbym takiego rozkazu - wycedził przez zęby żołnierz. - To idiotyzm! Na każdej misji narażamy życie! Gdybyśmy się wzajemnie nie ratowali, oddział już by nie istniał!
  - Sprzeciwiłbyś się swojemu władcy? - Ton głosu Imperatora przybrał niebezpieczne tony.
  - Tak! - niemal wykrzyczał Edge, uderzając pięścią w stół tak, że ten aż popękał. - Sprzeciwiłbym się, tak temu jak i każdej innej durnocie jaką kazano by mi zrobić! Nie zniszczyłbym też tej planety, ani wyłupałbym sobie oczu, Imperatorze! To chciałeś usłyszeć!?
  - Chyba zapomniałeś z kim rozmawiasz, żołnierzu! - Horn próbował przywołać podwładnego do porządku, ale było już za późno.
  - Mam dość tych pytań! - Edge zatoczył się, nieprzytomnym z wściekłości wzrokiem szukając wyjścia.
  - Stój! Nie pozwoliłem ci odejść! - ryknął na niego Imperator, aż zadrżały ściany. - Straż!
  Momentalnie drzwi otworzyły się i do środka wpadły cztery Centuriony.
  "Chcecie walki? Będziecie ją mieli."
  Edge skoncentrował chi i wyrzucając przed siebie prawa rękę szerokim, żółtawym strumieniem uderzył we wbiegające roboty. Pchnięte siłą ataku powpadały na siebie i jako jedna metalowa masa uderzyły w tylną ścianę, wyrywając w niej dużą dziurę. Taki atak nie mógł ich uszkodzić, ale mógł kupić trochę czasu. Edge wziął głęboki oddech i spojrzał prosto na Imperatora. Mógł go teraz zabić, wystarczyłoby wystrzelić. Co miał do stracenia? I tak był już skończony...
  Zdecydował momentalnie. Ułożył dłonie przed klatką piersiową i stworzył pomiędzy nimi niebieską kulę chi, która po sekundzie wystrzeliła w kierunku władcy.
  Pocisk jakby w zwolnionym tempie zdążał w kierunku Imperatora. Żadna z Dzikich Bestii nie była dość szybka, by zareagować. Zresztą, czy to by coś zmieniło?
  Imperator wyciągnął przed siebie jedyną dłoń i rozproszył niebieską kulę gdy zbliżyła się na kilka centymetrów.
  Momentalnie jasnym stało się, czym było to nieokreślone coś, co roztaczał wokół siebie ich władca, to poczucie autorytetu i potęgi. To była tłumiona chi, ale chi tak potężna, że aż niewyobrażalna, ogłuszająca, przekraczająca wszelkie granice znane wojownikom Neev.
  Teraz ta chi została uwolniona. Edge czuł moc władcy, nie wierząc w to co się dzieje. Nie miał pojęcia jakim cudem planeta jeszcze się od tego nie rozpadła. Skala potęgi tej energii rozsadzała mu mózg.
  W przebłysku trzeźwości określił którędy najbliżej na zewnątrz. Chi-blastem stworzył w ścianie nowe wyjście, odbił się od podłogi i wyleciał z pałacu. Byle dolecieć do miasta, ukryć się, jak najdalej. Jak najdalej od tego czegoś, co nie mogło istnieć.
  Nie mogło...

IC: Kwestia wyboru...
 
  Na ekranie telewizora skakały różnokolorowe warzywa ze śpiewem na ustach reklamując jakąś rozpuszczalną zupkę. Horn siedział rozwalony na kanapie w swoim mieszkaniu. Obok, na stoliku, walały się puste opakowania po tabliczkach czekolady, oraz puszki po piwie. Dowódcę Dzikich Bestii bolała głowa. Nie rozumiał co zaszło w pałacu. Nie potrafił objąć tego umysłem. Jakim cudem wszystko się tak momentalnie popieprzyło? W jednej chwili słuchali komplementów Imperatora, a sekundy potem rozpętało się piekło. Edge uciekł, a Imperator okazał się być tak potężnym wojownikiem, że połowa żołnierzy straciła przytomność od samej intensywności jego chi. Teraz wysłano ich na przymusowy urlop, co w praktyce oznaczało, że oddział został rozwiązany.
  Horn miał ochotę bić głową w ścianę. Jego najlepszego żołnierza ścigano teraz niczym zwierzę, a oni mieli się po prostu nie wtrącać. Dowódca Dzikich Bestii wolał się nie pokazywać w bazie, by nie dawać Halberdowi, i innym osobnikom jego pokroju, okazji do roześmiania się mu w twarz.
  W kółko roztrząsał wydarzenia z pałacu. Wyglądało mu to zupełnie jakby Imperator umyślnie wyprowadził Edge'a z równowagi. Ale to było bez sensu. Jaki miałby w tym cel? Kto i co mógłby na tym zyskać?
  Jego rozmyślania przerwał sygnał komunikatora. Horn spojrzał na identyfikator dzwoniącego pustym wzrokiem. Odebrał po trzecim syngale.
  - Ta... - odchrząknął. - Tak? Słucham.
  - Dowódca Horn? Pański oddział wraca do czynnej służby. Proszę się zgłosić w bazie, natychmiast.
  Z drugiej strony rozłączono się. Horn z rezygnacją rzucił urządzenie na blat. Miał paskudne przeczucie, a te rzadko go myliły.
 
  Nie wiedział ile czasu minęło, kompletnie stracił jego rachubę. Czuł się jak pijany. Gdyby nie to, iż instynktownie tłumił chi, odnaleziono by go bez trudu. Wiedział, że trochę spał, choć każdorazowe przymknięcie powiek sprawiało, iż oczami wyobraźni widział Centuriony wychodzące zza rogu budynku. Ścigali go. Jego mózg zarejestrował tę informację, ale z trudem przyjmował ją do wiadomości.
  Setki razy na godzinę żałował swojego wybuchu, chcąc cofnąć czas, przeprosić, zrobić cokolwiek. Czasami nie wierzył w to co się stało, miał wrażenie, że to sen z którego za chwilę się obudzi w swoim łóżku, odbierze wiadomość od Taska, pójdzie do "Armory", gdzie posłucha żartów i wszystko będzie w porządku.
  Budził się jednak w obcych miejscach: zapomnianych alejkach, magazynach, placach budowy. Mimo jawy, koszmar trwał.
  Nieliczni bezdomni uciekali na jego widok, chociaż to pewnie on bał się ich bardziej niż oni jego. Każde takie spotkanie oznaczało potencjalne ryzyko zawiadomienia stróżów prawa. Na szczęście w tej dzielnicy rzadko trafiało się na nich trafiało, a odnalezienie tu pojedynczej osoby zakrawałoby na cud. W ogromnej aglomeracji żyło niemal pięćdziesiąt milionów istot różnych ras.
  Dopiero głód przywrócił mu jasność umysłu. Ostatecznie dotarło do niego w jakiej sytuacji się znajduje. Był skończony. Atak na Imperatora był niewybaczalną zbrodnią, która musiała zostać ukarana śmiercią. Nikt już nie mógł mu teraz pomóc.
  Prawie nikt.
 
  Scarr'gon, rycząc potwornie, szarżował w kierunku Klou, zostawiając w ziemi głębokie ślady. Nawet nie myślała uciekać. Była sama, więc i tak nikt by jej nie ochronił. Pod względem szybkości ustępowała potworowi znacznie. Miała tylko dwie sekundy na reakcję i tylko jedno wyjście. Wyciągnęła dłoń w kierunku bestii i wystrzeliła cienki promień chi, który przebił oko i wpadł do środka czaszki. Manewr trwał jednak zbyt długo. Już martwy, ale wciąż pchany impetem stwór wpadł na nią i... rozwiał się niczym chmura dymu.
  Zaklęła głośno. Gdyby to był prawdziwy Scarr'gon, liczyłaby teraz połamane kości. Wciąż zbyt wolno.
  - Koniec symulacji - zarządziła.
  Otoczenie zmieniło się. Wygenerowany holograficznie krajobraz zniknął. Zastąpiło go duże, puste pomieszczenie o ścianach pokrytych siatką. Rzuciła okiem na zegar. Trzy godziny. Zbliżała się do limitu czasu korzystania z holoareny. Po zawieszeniu, Dzikie Bestie usunięto z rankingu, więc związane z pozycją bonusy przepadły. Na szczęście dla Klou, większość oddziału wybierała inne formy żałoby po ich tragicznie zmarłej karierze niż trening. Wspólna pula przypadała w całości dla niej i Stinga.
  Zorientowała się, że ma publiczność. W kabinie obserwacyjnej loży czekał Pike z Morderczych Smoków. Gdy skierowała się do wyjścia, przywitał ją nieprzyjemnym uśmiechem ukazującym idealne zęby.
  - Chyba nie do Scarr'gonów powinnaś strzelać - zasugerował. - Czeka was polowanie na grubszego zwierza.
  - Co masz na myśli?
  - Dostaliście szansę - stwierdził z dziwnym zadowoleniem. - Wracacie do akcji. Macie priorytet na dorwanie zdrajcy.
  - Gdzie jest haczyk? - zapytała podejrzliwie.
  Jego uśmiech jeszcze się poszerzył.
  - Jeżeli nie dacie rady, my wkroczymy żeby wszystko posprzątać.
  "Sprzątanie" mogło tu oznaczać tylko jedno. Wspomniana szansa miała być zarówno testem umiejętności, jak i lojalności.
  Zabiją Edge'a lub przestaną istnieć. Dosłownie.
 
  - Witaj, Hoof.
  Starszawy Neev-jin kilkukrotnie zamrugał oczami zanim uwierzył w to, co widzi.
  - Edge... Co tu robisz? Wiesz... wiesz, że cię ścigają... - pytanie zmieniło się w stwierdzenie. - Nie stój tak na progu, wejdź.
  - Dzięki... - Edge niepewnie wkroczył do bogato urządzonego mieszkania.
  - Pewnie jesteś głodny? - Samo spojrzenie ściganego uświadomiło Hoofa, że ma rację. - Zaczekaj tutaj, zaraz coś przyniosę. - Ruszył w kierunku kuchni.
  Edge usiadł przy zdobionym stole rozglądając się dookoła z prawdziwym podziwem. Hoof wiedział kiedy wycofać się z czynnej służby. Jako jeden z nielicznych Neev-jinów, potrafił zaakceptować iż dni jego świetności jako wojownika minęły. Większość nie mogła się z tym pogodzić. Kontynuowali czynną służbę i ginęli w kleszczach Scarr'gonów czy kłach innych potworów. Imperium oszczędzało mnóstwo pieniędzy, przejmując ich oszczędności. Rodzin najczęściej nie mieli.
  Po odejściu z wojska, Hoof pracował jakiś czas w ośrodku wychowawczym, do którego dwadzieścia pięć lat wcześniej podrzucono Edge'a. Tak właśnie się spotkali.
  Stary żołnierz wszedł z tacą pełną jedzenia. Jego gość wymamrotał jakieś słowa podziękowania i jak tylko dotknęła stołu, rzucił się posiłek.
  - Wiem o wszystkim - powiedział w pewnym momencie Hoof. Szczegółów ataku nie podano oczywiście do publicznej wiadomości, więc zapewne skorzystał z mniej oficjalnych źródeł informacji. - Ponoć straciłeś panowanie nad sobą i go zaatakowałeś. Tak, wiem, zostałeś sprowokowany - powiedział szybko, widząc że Edge chce zaprotestować. - Tak jakby to coś zmieniało.
  - Nie wiem co mnie napadło - rzekł Edge, łamiącym się głosem. - Naprawdę, czułem się jakby ktoś... lub coś chciało żebym go zaatakował. Sam do tej pory w to nie wierzę. Nie pytaj mnie dlaczego to zrobiłem... Nie odpowiem, bo nie wiem... Po prostu nie wiem. - Odwrócił głowę, nie chcąc patrzeć rozmówcy w oczy.
  Przez chwilę obaj milczeli.
  - Z twojej winy, czy nie... nasz Imperator nie wybacza. Przede wszystkim wymaga bezwarunkowego posłuszeństwa. - Umilkł, jakby zastanawiając się nad czymś. - Musisz uciekać - powiedział wreszcie.
  - Niby dokąd? Znajdą mnie wszędzie, prędzej czy później.
  - Tak... wszędzie w Imperium.
  - No tak, wszędzie... - Edge nagle zrozumiał. - Co masz na myśli?
  - Pełzacze - krótko wyjaśnił Hoof.
  - Przecież to tylko zwierzęta!
  - Jesteś pewien? - poważnie zapytał stary Neev-jin. - Urządzają zasadzki. Ciągle się mówi o "ich terytorium" i "naszym terytorium". Poszukujemy ich ojczystej planety. Nie urządza się na nich polowań jak na Scarr'gony, ale prowadzi bitwy. Wracają też po swoich rannych i zabitych.
  - W porządku, masz rację - przyznał Edge. - Ale co z tego?
  - Władze każą nam o myśleć o Pełzaczach jak o zwierzętach, żeby nikt nie miał oporów przed ich zabijaniem. Ale to inna rasa, obca rasa. Zbyt różna od nas czy Seitac-jinów, dlatego nie potrafimy się z nimi porozumieć, ale jednak inteligentna.
  - Nic mi to nie daje. Nie dość, że ja też nie wiem jak się z nimi porozumieć, to jeszcze nie mam pojęcia gdzie ich szukać. Przecież nie wiadomo gdzie leży ich macierzysta planeta.
  Hoof westchnął, sięgnął po holograficzną mapę Imperium, położył ja na stole i włączył. Wyświetlił się trójwymiarowy obraz znanej przestrzeni.
  - My jesteśmy tutaj - stary wojownik palcem wskazał duża czerwoną kropkę niemalże pośrodku. - To są planety leżące na obrzeżach. - Pociągnął palcem półkole po lewej stronie hologramu. - Rotta, Kerat, Racca, Nel'ap. Zaś szukać powinieneś gdzieś tutaj... - Wskazał grupę gwiazd jeszcze bardziej na lewo i nieco niżej.
  - Skąd wiesz coś takiego? Przecież... Skoro ty to wiesz, to na pewno wie to także dowództwo. Dlaczego do tej pory nie urządzono wyprawy na Pełzaczy?
  - Nigdy nie wiedział tego nikt poza mną i nieżyjącymi już moimi kolegami z oddziału. Dawno temu, w młodości... Nieważne! - urwał. - To długa historia, a ty nie masz wiele czasu.
  - Nikomu tego nie zdradziliście? Przecież mogliście łatwo zakończyć te wojnę!
  - Zrozum... - zaczął zmęczonym tonem. - Próba zniszczenia ich świata skończyłaby się naszą klęską, i to sromotną. Nie życzę nikomu się tam znaleźć.
  - Ale mnie tam posyłasz... - skwitował Edge.
  Stary żołnierz spojrzał na niego chłodno.
  - Chyba nie zdajesz sobie do końca sprawy z tego w jakim bagnie się znajdujesz, chłopcze. - Hoof był prawdopodobnie jedyną osobą, której Edge mógł wybaczyć nazwanie go "chłopcem". - Zostaniesz tutaj to zginiesz. Dzisiaj? Jutro? Pojutrze? Obserwują mój dom, więc teraz tym bardziej. Uciekając tam... zginiesz prawie na pewno. Ale to jest kluczowe "prawie". Masz cień szansy. To lepsze niż nic, prawda?
  Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Hoof nalał sobie wina i upił łyk.
  - Będę musiał zgłosić twoją wizytę, żeby nie oskarżyli mnie o współudział - podjął wreszcie. - Żal mi ciebie - kontynuował, zmienionym głosem. - Miałeś przed sobą przyszłość, a teraz...
  - Przestań - szepnął Edge. - Nie chcę tego słuchać... Tutaj, tak? - Wskazał palcem czarny, niezbadany jeszcze obszar kosmosu za jedną z granic Imperium. - Zaryzykuję. Może będzie ciekawie. - Uśmiechnął się gorzko. - Tak czy inaczej, nie zobaczymy się już, więc...
  - Żegnaj, Edge.
  - Żegnaj... ojcze.
 
  - Nic tu nie ma. Absolutnie nic.
  Task spojrzał na Fenga i pokiwał głową.
  - Niestety masz rację - stwierdził, przeglądając zawartość szafy w mieszkaniu Edge'a. - Nic elektronicznego, poza terminalem do komunikatora.
  - Tylko jedna prywatna wiadomość. I to akurat od ciebie...
  - Dokładnie. Żadnych książek, gazet. Tylko łóżko, lodówka, szafa, a w niej kilka identycznych strojów. I do tego wszystkie w złym guście.
  - Jak identyczne to oczywiste, że wszystkie - odruchowo skomentował Feng. - Wygląda, że ten facet nie mi życia, nie ma przyjaciół, nie ma niczego.
  - Poza nami... - cicho stwierdził Task.
  - Co?
  - Dla niego całe życie to my. Dzikie Bestie. Całe dnie spędzał w bazie, trenując, z nami na akcjach, albo w "Armorze", także z nami. Nie ma... Nie miał nic innego.
  - Cholera, faktycznie... - Feng podrapał się po głowie. - Racja. Czy my w ogóle coś o nim wiemy? Gdzie spędza urlopy? Czy ma kobietę? Co lubi jeść? Nigdy nie mówił o sobie...
  - A o czym miał mówić? - Task rozłożył ręce, wskazując mieszkanie. - O tym?
  - To jak szukanie igły w stogu siana. Nigdy go nie znajdziemy.
  "Może to i lepiej?" - pomyślał ogromny żołnierz. W tym samym momencie odezwał się jego komunikator. Dzwonił Horn.
  - Niesamowity Task, słucham - odebrał.
  - Mamy go, ujawnił się.
 
  Gdy zorientował się, kto go ściga, postanowił dać się odnaleźć. Sam nie wiedział dlaczego. Może miał jeszcze cień nadziei na to, że nie będzie musiał uciekać gdzieś w kosmos, ale... Uzyska przebaczenie? Dostanie jeszcze jedną szansę? Że przylecą do niego i powiedzą "popełniłeś błąd, to nic, zdarza się, możesz z nami wrócić".
  Tak naprawdę czuł się zdradzony i chciał to okazać komuś, kto miał szansę zrozumieć.
  Czekał na wzgórzu położonym na jednym z ostatnich niezurbanizowanych obszarów Khurt, pozwalając by emanacja jego chi zadziałała jak odpowiednik latarni morskiej. Nie trwało długo zanim się pojawili.
  Otoczyli wzgórze i lewitowali wokół w milczeniu, wszyscy z odpowiednio skróconymi włosami i odziani w kombinezony bojowe. Nigdy wcześniej nie patrzyli na niego w ten sposób.
  To on musiał przemówić pierwszy.
  - A jednak posłali za mną was...
  - Lepiej dla nas wszystkich będzie, jeśli nie będziesz się bronił - przerwał mu Horn.
  - Popełniłem wielki błąd, wiem. Ale czy na tyle duży żeby od razu za to umierać?
  - Zaatakowałeś Imperatora. Sam sobie odpowiedz.
  - Przecież wiecie, że nie zrobiłem tego... Ja nigdy... - Nie mógł odnaleźć słów. - Przecież mnie znacie.
  - To nie ma znaczenia. Otrzymaliśmy rozkaz. Ty albo my.
  To go zmroziło. Nie wiedział na co dokładnie liczył podczas spotkania z niedawnymi towarzyszami broni, ale teraz uświadomił sobie, że popełnił kolejny błąd.
  - Nasz Imperator oszalał! Nie widzę innego wytłumaczenia! To bez sensu... - Nagle coś go tknęło. - Możemy się mu razem przeciwstawić! Jeśli nie my, to kto? Jesteśmy najsilniejsi!
  - To ty oszalałeś! - warknął nagle Sting. - Nie czułeś jego potęgi? Jesteśmy dla niego jak pył! Nawet gdybyśmy byli w stanie walczyć z całą jego armią, to z nim samym nie mamy żadnych szans!
  - Ze mną też nie macie - odparł cicho Edge.
  Bardziej niż same słowa, zaskoczył ich ton jakim zostały wypowiedziane. Nie jako groźba czy przechwałka, a jako proste stwierdzenie. Przestroga.
  Nie uwierzyli. Wiedzieli, że jest dobry, lepszy od nich. Ale ich było siedmioro, a on sam. Niemożliwe, żeby dał im wszystkim radę. Należeli przecież do elity elit. Stworzone w laboratoriach istoty bliskie perfekcji pod względem genotypu, szkolone do walki od dzieciństwa. Od urodzenia przeznaczono ich na wojowników. Zdawali sobie sprawę, że dotarł do ich poziomu i przewyższył go, ale to co powiedział kłóciło się z wiedzą wpajaną im przez całe życie. Dlatego właśnie mu nie uwierzyli.
  - Nie staniemy po twojej stronie, Edge - powiedział twardo Horn. - Nie dlatego, że boimy się walki, czy samego Imperatora. Składaliśmy przysięgę wierności, wiesz o tym. Sam też ją składałeś, pamiętasz?
  - Pieprzę taką przysięgę! - syknął w odpowiedzi, spluwając.
  - No to nie mamy o czym rozmawiać.
  Ruszyli jednocześnie i bez zgrzytów, jak tryby dobrze naoliwionej maszyny. Edge nie miał zamiaru czekać na ich atak, sam także wystartował. Zderzyli się w połowie drogi, w powietrzu. Renegat staranował Stinga i Sorina. Mimo ich przewagi liczebnej, wygrał próbę sił. Pchając ich przed sobą, uderzył w Fenga. Od początku poszedł na całość, żebra pierwszego oficera zatrzeszczały już przy pierwszym starciu, przy drugim zaś popękały. Feng został na sekundę zamroczony. Sorin uskoczył na bok.
  Najszybciej zareagował Molar, dopadł byłego towarzysza broni zza pleców, kopiąc go z półobrotu w głowę. Edge oberwał, ale siła ciosu tylko lekko przekrzywiła mu kark. Zaraz zresztą skontrował, lecąc do tyłu i uderzając lewym łokciem w szczękę Molara, czym wbił mu do gardła kilka zębów. Niemal w tym samym momencie sam oberwał w klatkę piersiową potężnym, pomarańczowym chi-blastem Horna. Eksplozja zalała go falą bólu i rzuciła na ziemię. Wbił się w nią dość głęboko, czując jak skały trą o jego skórę. Zaraz potem najbliższa okolica zaroiła się od wybuchów - Horn i Klou ostrzelali miejsce jego lądowania dziesiątkami pocisków.
  Musiał się jakoś wydostać z tej pułapki. Ignorując ból, "zanurkował" głębiej. Wystrzelił na powierzchnię kilkadziesiąt metrów dalej, niemal od razu nadziewając się żołądkiem na nogę Sorina.
  Odskoczył, łapiąc równowagę i skontrował chi-blastem. Ne trafił, więc poprawił jeszcze prawym hakiem w klatkę piersiową. Kostki palców zatrzeszczały mu w spotkaniu z metalowymi żebrami - implant już się przyjął. Cyborg uśmiechnął się tylko i odpowiedział identycznym ciosem, wybijając przeciwnikowi powietrze z płuc. Edge zacisnął zęby tak mocno, że niemal się połamały. Zdołał opanować ból. Zacisnął pięść mocniej, skupiając w niej chi i uderzył ponownie. Najsilniej jak potrafił. Trafił w mostek, co dla cyborga skończyło się tragicznie. Nie wytrzymały zarówno syntetyczne żebra, jak i sztuczne serce, które poddało się z cichym chrupnięciem.
  Edge jednak nie otrzymał choćby sekundy wytchnienia, w tej samej chwili silny strumień chi trafił go w twarz, odrzucając głowę do tyłu i spopielając brwi, rzęsy oraz dość obfity zarost. Zanim się otrząsnął, oberwał drugi raz, także w twarz. Tym razem dość poważnie przysmażyło mu to skórę.
  Chcąc uniknąć dalszych ubytków na i tak wątpliwej urodzie uniósłs ię w powietrze i zaczął lecieć po łuku. Feng i Task doskonale celowali, nawet do ruchomych celów, ale jeszcze nigdy nie byli zmuszeni strzelać do kogoś tak szybkiego. Edge na pełnej prędkości rozmywał się im w oczach. Nie widzieli nawet gdzie ich cel dokładnie się znajduje. Dostrzegali tylko smugę na torze jego lotu. Dalsze ataki chybiały zupełnie.
  Uciekinier tymczasem, wbrew swojej woli, zatrzymał się gwałtownie, na stopie Horna. Doświadczony dowódca przewidział gdzie musi się znaleźć, by trafić i się nie pomylił. Źle jednak ocenił, a dokładniej - nie docenił impetu rozpędzonego wojownika. Trafiając w nasadę szyi zatrzymał co prawda swojego byłego podwładnego, ale jego własna noga w tym samym momencie zmieniła się w makabryczną harmonijkę. Pchnięta kość udowa przebiła miednicę i wbiła w narządy wewnętrzne oraz w kręgosłup. Horn jednak nie zdążył opaść bezwładnie na ziemię. Edge, otrząsnąwszy się wcześniej, złapał go w powietrzu i potężnym poziomym ciosem przetrącił kark. Następnie rzucił swoim byłym dowódcą w kogoś, nie zauważył w kogo. Nie trafił.
  - Za każdego z was... za każdego... oddałbym życie - wydyszał. - Za każdego z was...
  Feng i Task zawahali się przez ułamek sekundy, ale zaraz potem wznowili ostrzał. Ataki jednakże przeszyły tylko puste powietrze, Edge był już za plecami strzelców. Nie patyczkował się - chwycił Fenga jedną ręką za szyję, drugą za głowę i skręcił mu kark. Wtedy oberwał serią chi-blastów w plecy. Eksplozje przypaliły mu skórę i pchnęły do przodu. Strzelał Molar. Edge ustawił dłoń poziomo i posłał w krępego Neev-jina własny pocisk, zbyt szybki, by ten mógł go uniknąć i dość silny, by eksplozja wyrwała mu dziurę w klatce piersiowej.
  - O tobie nie zapomniałem - mruknął Edge, strzelając strumieniem chi tam, gdzie wyczuwał Taska. Ten uniknął o włos i skontrował podwójną falą z obu rąk. Edge przyjął ją na wyciągnięte dłonie, zatrzymał, ale lekko się przy tym sparzył.
  - Mnie się nie da zapomnieć - uśmiechnął się Task, znikając, materializując przy Edge'u i kopiąc zamaszyście. Mimo przewagi wzrostu i wagi atakującego, mniejszy Neev-jin bez trudu zablokował przedramieniem. Zaraz potem uskoczył do tyłu, czując iż oddziałowy snajper próbuje odwrócić jego uwagę. Miał rację. Zostając w miejscu, oberwałby w głowę cienkim, skoncentrowanym promieniem chi, wysłanym przez Klou.
  Wyrzucił obie dłonie przed siebie, wyrzucając szeroką falę energii. Objęty nią Task został dosłownie rozerwany na strzępy. Dokładnie wtedy Edge stracił dech. Klou wskoczyła mu na kark, zaciskając nogi wokół szyi z siłą kleszczy Scarr'gona. Chwycił za jej łydki, próbując rozewrzeć duszące go, twarde jak kable mięśnie, całkowicie bezskutecznie. Co gorsza, Klou jedną ręką próbowała wydrapać mu oczy, a drugą uderzała z całej siły w bok głowy, zamraczając lekko.
  Skrzyżował ręce, kierując dłonie za siebie i wystrzelił z nich strumienie chi. Przypalił sobie uszy, ale udało mu sie strącić wojowniczkę. Dymiąc, opadła na ziemię.
  Edge także wylądował, krztusząc się i kaszląc. Szyja bolała go co najmniej jakby miała zaraz odpaść razem z głową. Poparzona atakami Fenga i Taska twarz także była w kiepskim stanie, no i chyba miał połamane żebra. Nie... na pewno miał połamane żebra.
  To jednak nie był odpowiedni moment na użalanie się nad sobą. Wbrew pozorom, koniec jeszcze nie nastąpił. Nie mógł tu leżeć i czekać na Centuriony, które rozniosłyby go na strzępy. Wstał i sprawdził jak mu idzie utrzymywanie równowagi. Zupełnie nieźle.
 
  - Wkraczamy? - zapytał Pike. Udało mu się zawrzeć w pytaniu o wiele więcej brawury, niż można by oczekiwać na widok jego spoconego ze strachu czoła.
  Halberd poczuł na sobie spojrzenia także pozostałych Morderczych Smoków. Wszystkich interesowała odpowiedź.
  Obserwowali zagładę Dzikich Bestii z oddali, nie do końca wierząc w to, co widzą. Wbrew publicznym animozjom, doskonale zdawali sobie sprawę z poziomu umiejętności prezentowanego przez oddział Horna. Tak sromotnej ich klęski nie zakładał nawet najbardziej pesymistyczny scenariusz na odprawie. Nie mogło być złudzeń, jak skończyłaby się interwencja Smoków.
  Halberd, o dziwo, zachowywał spokój. Otrzymał specjalne rozkazy dokładnie na taką sytuację.
  - Zostańcie na miejscach - rozkazał. - Nie pozwólcie, żeby was wyczuł. Nie może się zorientować, że tu jesteśmy.
 
  Kątem oka dostrzegł błysk i tylko instynktowny unik uratował mu życie. Promień ki musnął twarz, przypalając skroń i skórę na czaszce. Strzelał leżący na ziemi Sting, który teraz panicznie próbował odczołgać się jak najdalej. Choćby o metr. O pół metra. Edge podszedł do niego w milczeniu. W oczach dawnego towarzysza ujrzał zwierzęcy strach.
  - Proszę... - wydusił z siebie Sting, krwawiąc z ust na mundur. Każde słowo sprawiało mu dodatkowy ból. - Proszę... nie... nie zabijaj mnie... Błagam...
  Edge wahał się tylko sekundę. Wyciągnął w jego kierunku prawą dłoń i skoncentrowaną falą chi z palca wskazującego przebił mu głowę na wylot. Nie spojrzał już potem na trupa.
  Zwyciężył. Pokonał ich. Siedmiu najlepszych znanych mu wojowników. Zamiast dumy czuł mdłości.
  - Edge... - A jednak ktoś jeszcze żył. - Edge...
  To był Molar. W jego piersi ziała duża dziura, ukazując gołe żebra. Mięso i skóra na brzegach były przypalone. Usta, po wcześniejszym ciosie, przypominały krwawą miazgę.
  - Nie wierzyłem... - pluł krwią umierający żołnierz. - Nie wierzyłem, że jesteś taki silny... Ale jesteś... Nie chciałem... Nie chciałem z tobą walczyć... ale rozkaz.
  - Wiem. Nie musisz nic mówić.
  - Muszę... Wtedy, on nazwał mnie pijakiem... Ty nie...
  - Molar, nie...
  - Task też... On był ci wdzięczny... tylko... znasz go... On by nigdy...
  Edge ukląkł przy nim i chwycił jego dłoń. Nie próbował już powstrzymywać łez.
  - Ja... przepraszam - wypłakał. - Wybaczysz mi? Proszę cię, ja... musiałem. Nie chciałem was skrzywdzić.
  Molar nie zdołał już nic powiedzieć, ale zdążył jeszcze zacisnąć dłoń, dając swojemu przyjacielowi i zabójcy jednocześnie znak, że wybacza.
  Edge nie wstawał. Nie wiedział jak długo to trwało, ale minęło dość czasu, by jego łzy wyschły. Poderwał się dopiero kiedy poczuł chi za plecami. Klou podnosiła się niezgrabnie. No tak, mógł się zorientować, że tamten atak jej nie zabije, o czym on myślał? Nie! O czym on myśli teraz? Dopiero co prosił o wybaczenie jedną ze swoich ofiar, a teraz... Poczuł do siebie odrazę. Stanął na równe nogi i podszedł do wojowniczki, która na ten widok przyjęła postawę do obrony.
  - Nic ci nie zrobię - uspokoił ją Edge. Zupełnie nieskutecznie, bo przemówił tak suchym i beznamiętnym tonem, że sam sobie nie uwierzył. - Jestem już zmęczony zabijaniem. - Lepiej, tym razem chyba uwierzyła. - Pozwolę ci żyć, bo chcę byś wróciła do naszego Imperatora i coś mu przekazała. - Spojrzał jej prosto w oczy, te charakterystyczne, piękne oczy, które czyniły jej twarz godną zapamiętania. - Powiedz mu, że znajdę sposób... Kiedyś jakoś tu powrócę, wystarczająco potężny, i zabiję go. Za to, co zrobił mnie. Za to, co zrobił wam... Za to, co ja wam zrobiłem. Za wszystko. Zrozumiałaś?
  Kiwnęła głową mechanicznie, nie widząc jak mogłaby się sprzeciwić.
  Edge odwrócił się, wzbił w powietrze i odleciał. Nigdy więcej go nie ujrzała.
 
ID: ...i jego braku
 
  Podróżował tak, jak zwykle przemieszczał się jego oddział: lewitując w pustce kosmosu otoczony kulistą osłoną chi, w pół świadomym transie. Z tą różnicą, że nie mógł tym razem obserwować siedmiu innych podobnych do swojej jasnoniebieskich sfer na tle ciemności. Był sam.
  Przekraczał kolejne granice obszarów imperium nawet tego nie zauważając. Pozostawił za sobą najbardziej rozwinięte centrum, gdzie ponad cztery piąte planet zostało przystosowanych do zamieszkania. Minął średnio zaludnione obszary, wypełnione planetami rolniczymi i wreszcie także obrzeża, gdzie dopiero szukano zdatnych do zaludnienia lub terraformacji światów.
  Leciał dalej, nie wiedział już dokąd. Zaczął tracić poczucie czasu. Jego obrażenia, choć niezbyt poważne, źle się goiły. Trochę gorączkował. Zaczął śnić.
  "To jest Edge" - mówił Horn w jednym ze snów. - "Od dzisiaj należy do naszego oddziału".
  "Witaj w piekle, Edge, jestem Feng" - powitał go z uśmiechem mocno zbudowany dryblas.
  "Nie obraź się, ale strasznie brzydki jesteś. Upuścili cię na głowę jak byłeś mały?" - powiedział inny, potężny jak góra. Zanim Edge zdołał odpowiedzieć dodał: "Mam na imię Task, ale wszyscy mówią mi per 'istoto najwyższa', więc ty też możesz."
  "Ja jestem Sting. Jak dobry jesteś?"
  "Najlepszy" - odparł za Edge'a Horn. - "Rzuć okiem na jego wyniki. Ma lepsze nawet niż ty."
  "Żartujesz?"
  "Nie, serio... w niektórych kategoriach."
  "Radzę olać Stinga." - Jedyna kobieta w oddziale wskazała oddalającego się w kierunku jakiejś konsoli informacyjnej oficera. - "On tak zawsze. Mam na imię Klou." - Ścisnęła jego dłoń, aż zatrzeszczało.
  "Ja jestem Sorin" - dziwnie masywny Neev-jin także wyciągnął rękę w kierunku nowoprzybyłego.
  "Ostrożnie, jak go dotkniesz może cię porazić prąd" - zażartował Feng. Edge odruchowo cofnął dłoń, co wywołało u wszystkich atak wesołości.
  "Ten ponurak to Molar, ale z nim nie ma co rozmawiać. Chyba, że chcesz się nauczyć nowych wulgaryzmów" - kwaśno skomentował Task.
  "Odpierdolcie się" - rzucił ciętą ripostą Molar. - "Nie mogłeś lepiej trafić, Edge. Będziesz tu pasował."
  Edge ocknął się. Już chciał krzyknąć do wszystkich, że śniło mu się ich pierwsze spotkanie, ale uświadomił sobie, że ich tu nie ma.
  Że ich w ogóle nie ma.
 
  - Panie - zaczał pierwszy minister Haetlock - tak jak przewidziałeś, opuścił planetę po walce z Bestiami. Nie byli w stanie go zwyciężyć.
  - Czy ktoś przeżył?
  - Tak, panie. Smoki odnalazły tę kobietę, Klou. Twierdzi, że Edge kazał ci przekazać pewną wiadomość.
  - Nie musisz jej powtarzać, jestem pewien, że wiem jak brzmi. - Imperator był wyraźnie zadowolony, choć dla nie wyczulonego na zmiany jego głosu ucha, mógł brzmieć całkowicie obojetnie. - To prawdziwa tragedia, że wszyscy zginęli. Zorganizuj uroczystości pogrzebowe z odpowiednią oprawą.
  Seitac-jin momentalnie zrozumiał.
  - Tak, panie - odpowiedział z pokłonem.
  - Możesz odejść.
 
  Podążał dalej, mijał nieznane światy. Nie wiedział, czy jeden z nich nie jest może tym, którego szuka. A może to wszystko jedno? Czuł się coraz gorzej. Sny zrobiły się natrętne do tego stopnia, że zaczął się ich bać. Nigdy nie było pewne co zobaczy po zamknięciu powiek. Wredny uśmiech Taska, pewną siebie, wiecznie zamyśloną twarz Horna. A może... przerażone oczy Stinga, próbującego odczołgać się choćby o kilka centymetrów. Tuż przed tym jak padł już na zawsze, z dziurą wypaloną w czaszce.
  Brak snu dodatkowo osłabiał trawione gorączką ciało. Nie rozróżniał już mijanych obszarów, wszystko mu się mieszało. Przelatując w pobliżu kolejnego świata nie był nawet w stanie stwierdzić czy to od czasu opuszczenia granic Imperium dwudziesta, dwusetna czy dwutysięczna planeta.
  Mimo trudności z nawigacją, jakimś cudem zdołał pozostać na właściwym kursie.
  Gorączka nasiliła się, do snów doszły halucynacje na jawie. A może nie? Może tylko wydawało mu się, że nie śni? Widział wyraźnie jeszcze siedem sfer podróżniczych poruszających się równolegle z jego własną. Później zdawało mu się, że tuż za nim lecą cztery Centuriony, a jeszcze innym razem, że sam jednoręki Imperator. W kolejnym omamie jedną rękę miał Sting, który uśmiechając się, pomimo dziury wypalonej w czaszce, pytał "Jak dobry jesteś?". Chwilę potem Task podziękował mu za uratowanie życia w walce ze Scarr'gonem, po czym rozpadł się w eksplozji chi.
  Rany paliły żywym ogniem, Edge nie kontrolował już lotu swojej kuli. Tylko instynkt przetrwania pozwolił mu zachować dość koncentracji i woli, by jej nie rozproszyć gdzieś w próżni. Neev mogli przeżyć w przestrzeni zaledwie kilka dni, o ile byli w dobrej formie. On nie przeżyłby godziny.
  Nie miał pojęcia jak długo już leci, czuł jednak iż jego podróż dobiega końca.
  A może po prostu czuł zbliżającą się śmierć? Nie potrafiłby już rozróżnić tych dwóch rzeczy.
 
  Klou nie dała się zaskoczyć, cóż jednak z tego? Centuriony nie potrzebowały elementu zaskoczenia żeby zwyciężyć z jedną Neev-jinką. Całą jej walkę można skwitować jednym słowem:
  "Próbowała".
  Pierwszy minister Haetlock bardzo się zatroskał widząc skatowane ciało wojowniczki, aż zacmokał ustami. Żyła jednak, a to było najważniejsze.
  - Upewnijcie się, że przeżyje - wydawał polecenia - i przygotujcie stół operacyjny. Maszyna także ma być w gotowości w każdej chwili.
  "Żal mi ciebie, panienko. Nie wyobrażasz sobie nawet do jak wielkich rzeczy cię przeznaczono. Nawet gdybym ci powiedział, nie zrozumiałabyś."
  - Jestem tu podobno najinteligentniejszy, a sam nie rozumiem... - mruknął jeszcze pod nosem, odchodząc.
 
  Obudził go chłód. Temperatura wewnątrz sfery podróżniczej była zawsze stała, optymalna. Nie zdarzały się tam wahania temperatury. A więc nie znajdował się w już kuli. Czy stracił panowanie nad własnym umysłem i ją rozproszył? Nie. Wówczas czułby przenikliwe zimno próżni. Poza tym, wyraźnie leżał na czymś twardym i równym.
  Wreszcie zdecydował się otworzyć oczy. Znajdował się na powierzchni jakiejś planety. Grunt miał jednolity, ciemnogranatowy kolor i, co dziwne, był jednolicie płaski, bez żadnej, choćby najdrobniejszej wypukłości. Nigdzie. Dotknięciem sprawdził zarost. Jego długość sugerowała iż podróżował wiele dni. Czy naprawdę dotarł już do celu? Po czym miał to poznać? Ze zdziwieniem zaobserwował, że po jego obrażeniach nie ma najmniejszego choćby śladu. Nic nie bolało go przy oddychaniu, czuł się wprost świetnie. Nawet jego strój wyglądał jak nowy.
  Po chwii jednak czekało go kolejne zaskoczenie, tym razem przykre. Kiedy spróbował unieść się w powietrze nie udało mu się, tak, jakby nagle stracił tę zdolność. Tknięty złym przeczuciem spróbował skupić w dłoni chi, także bez skutku. Nieco zdezorientowany, przez chwilę stał w miejscu, nie wiedząc co robić. Ostatecznie jednak nie miał wyboru, zaczął iść przed siebie. Nie wiedział w którym kierunku, bo pustkowie było jednolite do bólu. Nie wyczuwał żadnej chi, zupełnie nic.
  Światło zapewniała para gwiazd, bardziej oddalonych od planety niż typowe słońca zamieszkanych światów. Panował półmrok.
  Po pewnym czasie zauważył, że "słońca" wiszą nieruchomo nad horyzontem. Ruszył więc, traktując linię wyznaczoną przez swój cień jako kierunek równie dobry co każdy inny. Szedł, zastanawiając się nad wszystkim. Gwiazda z takiej odległości na pewno nie dawałaby dość ciepła, by utrzymać tu panującą w tej chwili temperaturę. Raczej nie było też atmosfery, bo rozproszyłaby ona po części światło, dając wrażenie iż jest dzień... Rzeczywiście, nie oddychał, a mimo to żył. Nie czuł także głodu ani pragnienia, choć powinien właściwie umierać z obu po tak długiej podróży. Zmęczenie również nie pojawiło się, co zaobserwował po kilku godzinach wleczenia się noga za nogą. Bezsensownego wleczenia się. Na niewyraźnie zaznaczonym horyzoncie nie pojawiło się nic godnego uwagi.
  Zatrzymał się i usiadł, nie widząc sensu w dalszym marszu. A może już umarł i tak wygląda piekło? W to jeszcze byłby skłonny uwierzyć.
  Niespodziewanie usłyszał za swoimi plecami jakiś szept. Odwrócił się gwałtownie, ale oczywiście nikogo tam nie było. Pokręcił głową i wstał, chcąc podążyć znów za swoim cieniem. Kiedy spróbował zrobić krok coś wyraźnie chwyciło go za nogę. Stracił równowagę i wyrżnął podbródkiem o podłoże, cudem nie łamiąc sobie zębów. Kiedy spojrzał na stopę, nic jej nie trzymało.
  "Nawet jeśli oszaleję" - pomyślał - "nikomu to nie zaszkodzi. Ja sam się nie zorientuję, a tu nie ma nawet kogoś kto by to zauważył."
  Nawet taka przerwa w monotonii planety dała mu pewną dozę pokrzepienia. Wstał ponownie, rozglądając się, ale dookoła było równie pusto co wcześniej. Uważnie obejrzał obie nogi zanim postąpił krok do przodu. Tym razem nie napotkał żadnych problemów, więc szedł dalej.
  Tak jak się domyślał, wkrótce usłyszał kolejny szept za plecami, nieco wyraźniejszy niż pierwszy. Tym razem zignorował dźwięk. Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, głos odezwał się ponownie, jeszcze wyraźniej i głośniej. Dało się nawet rozróżnić słowa, te jednak nie pochodziły z żadnego znanego Neev-jinowi języka. Ponownie udał, że nic nie słyszy. Szedł wytrwale wiedząc, że ktoś chcący zwrócić na siebie uwagę popełni wreszcie jakiś błąd... albo straci cierpliwość do swojej zabawki i się jej pozbędzie... Takie ryzyko Edge akurat mógł podjąć... W zasadzie, tylko takie, bo nie miał już do stracenia nic poza życiem.
  Głosy za plecami, bo szybko okazało się, że jest ich co najmniej kilka, stały się wyraźnie agresywne. Syczały i pomrukiwały groźnie, prowokując go do odwrócenia się. Kilkukrotnie niemal to zrobił, ale silna wola nie zawiodła go nawet, gdy poczuł na karku chłodny dotyk... czegoś. Lekki i momentalny, ale dość wyraźny, by nie było mowy o pomyłce. Nie spojrzał odruchowo za siebie, ale drgnął, za co sekundy później sklął się w myślach, idąc dalej. Cokolwiek go obserwowało i próbowało zaczepić wiedziało już, że tylko pozornie jest taki opanowany, że udaje. Ale może nie? Żeby się przekonać musiał po prostu iść dalej. Nie uszedł nawet stu metrów kiedy "to coś" przemówiło za jego plecami dość wyraźnie, by wiedział iż nie ma zamiaru się już kryć. Powoli spojrzał w kierunku swego prześladowcy.
  Pełzacz.
  Neev-jin poczuł się trochę zawiedziony... tyle zabawy z jednym Pełzaczem. Swojego czasu mógł je zabijać dziesiątkami, jeżeli tylko miały pecha znaleźć się w takiej ilości na drodze jego chi-blasta. Trudno.
  Pełzacz wyglądał jak wszystkie inne Pełzacze: był niski, przygarbiony, o ciemnogranatowej, chropowatej skórze, szarych, poziomych szparkach zamiast oczu i uszach przypominających wilcze. Jego długie, przednie łapy, bo trudno to było nazwać rękami, zakończone były tępymi pazurami przypominającymi krecie. Aktualnie stał na tylnych kończynach, ale cały jego gatunek poruszał się na wszystkich czterech, od czego zresztą wzięły swoją nazwę. Nozdrza stwora poruszały się nerwowo, jakby badając olbrzymiego Neev-jina.
  Dotychczasowe kontakty Edge'a z Pełzaczami ograniczały się do zmiatania ich masowo z powierzchni różnych planet, więc olbrzym nie miał zielonego pojęcia jak porozumieć się ze stojącym przed nim paskudztwem. Na całe szczęście, czy może raczej nieszczęście, to tamten postanowił wziąć na swe barki ciężar rozpoczęcia konwersacji.
  - K'har'ra... - wysyczał groźnie, ukazując potężne uzębienie. - K'har'ra! K'HAR'RA!!
  Nie brzmiało to jak przyjaźnie powitanie, raczej jak groźba, którą faktycznie się okazało. Zanim Edge zdążył wymyślić odpowiednie zestawienie spółgłosek i samogłosek którym mógłby odpowiedzieć, Pełzacz rzucił się na niego. Był szybki.
  Neev-jin oberwał ciężką łapą w lewą nogę. Pazury rozdarły mu spodnie, zostawiając na udzie cztery czerwone ślady. Pełzacz nie zadowolił się pierwszą krwią i zamachnął się lewą przednia łapą, celując w klatkę piersiową (wyżej nie mógł dosięgnąć). Edge odskoczył do tyłu, odruchowo chcąc wykorzystać chi do złagodzenia impetu lądowania. To oczywiście mu się nie udało, więc prawie skręcił sobie kostkę. W ignorowaniu bólu był jednak dobry. Rzucił się do przodu, uderzając istotę krótkim hakiem w pysk. Zahaczył o zęby, kalecząc sobie na nich skórę dłoni. Pełzacz, odrzucony siłą ciosu, poleciał na dwa metry do tyłu, ale od razu poderwał się z powrotem na cztery łapy. Warknął i wystartował do biegu. Edge, niczym rasowy torreador, wyminął jego szarżę i, kiedy tamten próbował zawrócić, kopnął go w zębatą mordę. Pełzacz przewrócił się i przekoziołkował kilka razy. Po chwili, wyraźnie rozwścieczony, wstał na "nogi".
  Neev-jin stwierdził w myślach, że jego interakcja z pierwszym spotkanym tubylcem nie przebiega dokładnie tak jak to sobie zaplanował. Jego przeciwnik ryknął wściekle i wyciągnął łapy przed siebie w charakterystycznym geście.
  Edge zaklął i rzucił się w bok, w samą porę gdyż z "dłoni" Pełzacza wystrzelił czerwonawy strumień chi, który przeszył miejsce gdzie Neev-jin stał jeszcze przed sekundą.
  - To już nie fair! - krzyknął Edge, podrywając się na nogi i taranując przeciwnika barkiem. Pełzacz skrzeknął z bólu i znowu potoczył się po podłożu. Zaraz próbował wstać, ale z marnym skutkiem, zaczął charczeć i pluć krwią... Krwią, która wsiąkała w podłoże bez śladu.
  "Co jest do cholery" - pomyślał Edge. Zaraz potem jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia i strachu.
  Wokół niego, dosłownie spod ziemi, zaczęły wyłaniać się kolejne sylwetki Pełzaczy. Na początku kilka, zaraz potem kilkanaście, a sekundy później kilkadziesiąt. Wąskie, szare oczy wpatrywały się w Neev-jina z nienawiścią. Warkot pół setki gardeł brzmiał co najmniej złowieszczo. Edge poczuł, że to jego koniec.
  Mylił się.
  Niespodziewanie Pełzacze położyły uszy po sobie i rozbiegły się na wszystkie strony, ukazując jakąś postać. Kobietę. Była potwornie pomarszczona. Gdyby należała do Neev, dałby jej z trzysta lat (większość żyła do mniej więcej do dwustu pięćdziesięciu). Poruszała się jednak pewnie i sprawnie. Ubrana w długą pelerynę narzuconą na ochronny kombinezon zwykle pomagający przetrwać w próżni, ale bez hełmu. Jej długie, okalające poszarzałą od wieku twarz, włosy były tak siwe, że niemal białe.
  Podeszła do niego i przemówiła gardłowo, posykując i pomrukując. Olbrzymi wojownik spojrzał na nią ogłupiały.
  - Wybacz... - przeszła na zrozumiały język. Mówiła powoli, jakby szukając w pamięci niektórych słów. - Po tylu latach... używania mowy Khr'evla trudno się... przestawić na coś innego.
  - Kim jesteś? - zapytał wojownik, dyskretnie oddychając z ulgą. - Gdzie ja jestem? Czy to rodzinna planeta Pełzaczy?
  - Kogo? Ach! - zrozumiała. - Tak, to rodzinna planeta Khr'evla i nie, to nie rodzinna planeta Khr'evla.
  Edge nie zrozumiał.
  - Czyli... tak czy nie? - upewnił się.
  - Ta planeta to... Khr'evla. Khr'evla to ta planeta.
  Neev-jin pokiwał głową.
  - Rozumiem. - Nie miał pewności, czy mówi prawdę. - To może przynajmniej powiesz mi kim jesteś?
  - Jestem ich królową. - Rozłożyła ręce, wskazując biegających dookoła Pełzaczy, czy raczej Khr'evla, jak ich nazywała. - I jestem ich sługą.
  Edge'owi niebezpiecznie drgnęła brew.
  - Masz jakieś imię? - zapytał z lekką rezygnacją w głosie.
  - Alcara.
  - Miło cię poznać, jestem...
  - Edge, wiem. Długo kazałeś na siebie czekać.
  - Znasz mnie? - zapytał zdziwiony, co było usprawiedliwione. W końcu niecodziennie przebywa się pół wszechświata, by trafić na najstarszą wciąż żyjącą kobietę, która twierdzi, że już długo na ciebie czeka.
  - Owszem - uśmiechnęła się. - Może nawet lepiej niż ty sam.
  - Byłbym wdzięczny, gdybyś nie mówiła cały czas zagadkami.
  - To dopiero początek naszej rozmowy. Pytań i odpowiedzi, które narodzą kolejne pytania.
  - Tego się właśnie obawiałem... I dokładnie to miałem na myśli.
  - Chodź za mną - odwróciła się, ruszając.
  Nie widząc innego wyjścia, posłuchał. Także dlatego, iż Pełzacze trzymały się od niej w pewnej odległości, a jego, kiedy został w tyle, zaczęły już dość natrętnie obwąchiwać.
  - Dokąd idziemy? - zapytał, nie widząc nigdzie żadnych wyróżniających się punktów.
  - Dokładnie... tutaj - stwierdziła. W tym samym momencie Edge stracił pod stopami oparcie, zapadając się pod powierzchnię, jakby ta nigdy nie istniała. Pochłonęła go ciemność.
 
  - Dlaczego właściwie straciłem swoją chi?
  Znajdowali się w dużym, idealnie sześciennym pomieszczeniu, całkowicie pustym. Doskonale równe ściany były identycznego koloru co planeta. Mimo braku jakiegokolwiek źródła światła panował tu podobny półmrok jak na powierzchni.
  - To swego rodzaju symbioza - odpowiedziała, stojąc w bezruchu. - Oddajesz ją planecie, za to ona nie pozwala ci umrzeć, leczy twoje rany, zaspakaja twój głód i pragnienie, potrzebę oddychania... Planeta zwróci ci chi, kiedy ta będzie ci potrzebna.
  - Rozumiem... A co z moim ubraniem? Ono także oddaje swoją chi, ale za to się zrasta?
  - Ubranie to prezent ode mnie - odparła. - Ale powstało z tego co tu jest, a więc z planety, tak jak moje własne. Nie musisz dziękować.
  Nie podziękował, zamiast tego zadał kolejne pytanie.
  - A więc - poklepał ścianę - znajdujemy się pod ziemią? Jakim cudem możemy rozmawiać bez atmosfery?
  - Planeta przekazuje słowa, póki masz z nią kontakt. A jesteśmy sto metrów pod powierzchnią, ale nie ziemi. Ziemia to minerały, krzem i tlen. Musisz pamiętać, że planeta to Khr'evla...
  - A Khr'evla to planeta, wspominałaś.
  Pokiwała głową.
  - Znając ich język można kształtować ich, a więc także ten świat. - Wypowiedziała kilka gardłowych słów, a pomieszczenie rozszerzyło się o kilka metrów w jednym z kierunków.
  Zanim Edge zdążył to skomentować, niespodziewanie z sufitu na podłogę spadły cztery Pełzacze. Jeden z nich wyrzucił z siebie serię pochrząkiwań i mruknięć. Alcara odpowiedziała mu, po czym wtopił się w podłogę, jakby nigdy go nie było.
  - Można je jakoś odróżnić? - Neev-jin wskazał trzy pozostałe, cierpliwie na coś czekające, Pełzacze. Wszystkie wydawały mu się identyczne.
  - To bezcelowe. Ich cykl życia jest zbyt krótki.
  - Hę? - Nie zrozumiał. - Jak to?
  - Każdy z nich rodzi się, wychodząc z ciała planety i umiera wracając tam. Możesz zapamiętać Pełzacza tak długo jak masz go przed oczami. Owszem, można je rozróżnić, choć z trudem, ale to nie ma sensu.
  Chwilę trawił tę informację.
  - No właśnie... mogłabyś mnie nauczyć paru słów, to mi się może przydać.
  - Niby po co? - zdziwiła się. - Nie pobędziesz tu dłużej jak kilka dni.
  Ponownie go zaskoczyła.
  - Nie zostanę? Ten, kto mnie tu skierował sugerował mi raczej co innego.
  Uśmiechnęła się brzydko, ukazując bezzębne wargi.
  - Ależ oczywiście, możesz zostać tak długo jak tylko ci się wymarzy. Tyle że za kilka dni wypadną ci włosy, wyrosną pazury i zrobisz się strasznie brzydki.
  - Sugerujesz, że... zmienię się w Pełzacza? - Edge z odrazą spojrzał na siedzące na środku pomieszczenia stwory. Jeden właśnie drapał się tylną nogą za uchem.
  - Dokładnie... a jak myślisz, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, porwanymi przez Khr'evla z waszych planet? - Zrobiła pauzę. - A może tak byłoby dla ciebie lepiej? - Podeszła do stworów. - Zrobiłbyś się taki milutki. - Podrapała jednego pod brodą, ten położył uszy po sobie i zaczął się łasić do jej dłoni. - Nazywacie je Pełzaczami, prawda? Nie dziwię się, spójrz jak żałosne są. - Rzuciła ostre, gardłowe polecenie, Pełzacze zaczęły płaszczyć się przed nią w strachu. - Rzeczywiście... pełzają u moich stóp gotowe posikać się na rozkaz. - Kolejna gardłowa komenda, Pełzacze wniknęły w podłoże. - A jednak to najdoskonalsza rasa we wszechświecie.
  Edge kłóciłby się z tym, ale wolał się nie odzywać. Słuchał dalej.
  - Niestety, wojowniku... Planeta nie potrzebuje ciebie jako ciebie, a przydadzą jej się twoje mięśnie, kości, krew i wszystko inne. Tylko Khr'evla mogą tu przeżyć.
  - Tylko? - zapytał sceptycznie. - A co z tobą?
  - Jestem martwa, nie stanowię dla tego świata żadnej wartości.
  - Martwa? W jakim sensie martwa?
  - W takim... - Rozchyliła pancerz na klatce piersiowej, której jednak nie posiadała. Była zastąpiona jakimś... rusztowaniem, w którym wiły się rury wypełnione dziwnym, jakby organicznym płynem. Rury, wychodząc z ud, łączyły się w okolicach kręgosłupa, którego także nie było. Zamiast niego spod skóry prześwitywał metalowy pręt. - Moje serce nie bije, moje płuca nie pracują. Poza tą planetą nie przetrwałabym ani sekundy. Na szczęście - ostatnie słowo wypowiedziała z ironią - ktoś okazał się na tyle przewidujący, że zamontował mi to "coś". Wysysa z planety to, co potrzebne by podtrzymać funkcje mózgu. Tutaj mogę przeżyć... dość żywa, by chodzić i myśleć. Nie dość, by się przemienić.
  - Jak długo... - wydukał oniemiały.
  - Jak długo tu jestem? - zapytała, zamykając pancerz. - Długo. Setki obrotów tej planety wokół jej słońca. Nie mam innej miary czasu.
  - Wiesz dlaczego tu jesteś? Kto ci to zrobił?
  Roześmiała się. A może rozpłakała? Trudno było stwierdzić. Zresztą po chwili zapanowała nad sobą.
  - Nie pamiętam niczego poza tym, że od zawsze jestem tutaj. Prawie już nie mogę przypomnieć sobie pierwszych lat... może dziesięcioleci, tutaj. Wiem, że uczyłam się języka Khr'evla. To pamiętam. Reszta rozmywa się wśród tysięcy identycznych chwil. Dopiero twoje przybycie obudziło dawne wspomnienia. Planeta ma twoje myśli, więc i ja je mam.
  - Czytasz w moich myślach?
  - Nie bezpośrednio. Znam twoje wspomnienia. Zwłaszcza te, które wyryły ci się w umyśle. Myśli przelatujące przez twoją głowę są jednak zbyt ulotne i zbyt płaskie, by je dostrzec.
  - Mówiłaś, że na mnie czekałaś - powiedział po chwili milczenia. - Długo.
  Oczy jej rozbłysły, jakby szaleństwem.
  - Odczytałam twoje przyjście z gwiazd. Jesteś tym, który go zabije.
  - Kogo?
  - Jak to? - zdziwiła się. - Imperatora.
  Niemal usiadł z wrażenia.
  - Skąd możesz to wiedzieć?
  - Przyszłość i przeszłość przestają mieć znaczenie, gdy każda chwila jest taka sama. Życie to ogromny cykl, wystarczy spędzić dość czasu, by zaobserwować gdzie się zamyka i czas okazuje się pojęciem bardzo względnym.
  Edge przez chwilę milczał.
  - Nie mam bladego pojęcia o czym mówisz - przemówił wreszcie.
  - Nie wątpię. Nie martw się jednak. To czy rozumiesz, czy nie, jest bez znaczenia.
  - Może dla ciebie, ale ja lubię wiedzieć co się dzieje.
  Roześmiała mu się w twarz. Ucieszył się, że nie ma tu atmosfery i nie poczuł zapachu wydobywającego się z jej... hmm... ust.
  - Istotnie. Zapewne lubisz. Dlatego właśnie tak łatwo wyprowadzić cię z równowagi. Uderzył w czułą strunę, zdezorientował i ogłupił. A ty oczywiście wpadłeś w tę pułapkę.
  - Mówisz o Imperatorze?
  - A o kimże innym? Teraz musisz go zabić.
  - Jak to "muszę"? - mruknął nerwowo Edge. - Tylko dlatego, że ty tak mówisz?
  - Nie ma się co denerwować. Nie dlatego, że ja tak mówię. Obiecałeś mu śmierć, już zapomniałeś? Co zresztą innego chcesz zrobić? Odebrał ci wszystko, zabił twoich przyjaciół.
  - Nie! - krzyknął nagle Edge. - To ja ich zabiłem, słyszysz!? Zamordowałem ich... tymi rękami!
  Spojrzała na niego chłodno.
  - Gdybyś tego nie zrobił, już byś nie żył. Ale zrobiłeś, co musiałeś zrobić. To także było zapisane w gwiazdach.
  Trochę się uspokoił.
  - O co chodzi z tymi gwiazdami? Mówiłaś, że odczytałaś stamtąd, że zabiję Imperatora?
  - Owszem. Dokładnie to.
  Teraz to on się uśmiechnął i spojrzał na nią kpiąco.
  - Ale jak? Jeśli znasz moje wspomnienia to wiesz też, że jest dla mnie zbyt potężny. O wiele.
  - Sam powiedziałeś, że znajdziesz sposób... - Edge spochmurniał. - Ale już nie musisz go szukać. Wskażę ci jeden.
  - Co? - Jak widać nie był to koniec niespodzianek w rozmowie z Alcarą.
  Rozłożyła ręce.
  - Sądzisz, że to wszystko, ta planeta, jest tutaj przypadkowo?
  - Z twojego tonu wnioskuję, że nie.
  - Dobry wniosek. Złap mnie za ramię.
  Posłuchał. Sekundę potem zagłębili się w ciemnofioletową masę. Orientował się, że podróżują w dół. Już docierając do kwadratowej sali poczuł, że zaczyna rozumieć jak planeta może być Pełzaczami. Teraz także, przedzierając się głębiej i głębiej, wyczuwał wokół siebie myśli, uczucia, pierwotne instynkty i po prostu... życie.
  - Ty i on jesteście tacy sami - stwierdziła nagle Alcara. - Macie identyczne przeznaczenie.
  Nie mógł odpowiedzieć, by nie nabrać w usta masy przez którą się przedzierali. I tak cudem unikał nałapania jej do nosa i uszu. Nie miał pojęcia jak ona może tu mówić.
  - On zabił poprzedniego Imperatora, by zająć jego miejsce. Ty zrobisz to samo. - Znowu zaczął go drażnić jej sposób mówienia. Dlaczego "zrobisz", nie "masz zrobić", czy choćby "musisz zrobić"? - Nie sądź jednak, że łatwo mu to przyszło. Okupił to wieloma stratami i ogromnym bólem. Nawet nie wyobrażasz sobie jak wielkim. Wtedy stracił rękę, ale w porównaniu do innych cen jakie zapłacił, ta była niewielka. Ty też zapłacisz.
  Słowa z trudem do niego docierały. Przemieszczali się z coraz wolniej, masa dookoła nich jakby zgęstniała. Miał niewytłumaczalną ochotę skręcić jej kark, ale na razie całą siłę zużywał to trzymania się jej barku.
  - Jest potężniejszy niż ktokolwiek, bo osiągnął to, co ty dopiero osiągniesz. Dotarł do Rdzenia.
  "Jakiego, do ciężkiej cholery, rdzenia?" - przeszło mu przez myśl.
  Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, wypadli na otwartą przestrzeń... w tym sensie, że nie było tu tej substancji z której składała się planeta. Nie było także grawitacji, bo Edge ze zdumieniem zauważył, iż unoszą się w powietrzu. Nagle poczuł, że musi zaczerpnąć powietrza - i ku swojemu zdziwieniu, mógł to zrobić. Poczuł zapach ozonu.
  Znajdowali się w czymś w rodzaju wielkiej, kulistej groty. Jej drugi koniec niknął w mroku. Na środku pomieszczenia lewitowała także ogromna, średnicy chyba ze stu metrów, sfera. W odróżnieniu od granatowych ścian groty była szara.
  - Czy to... Rdzeń? - zapytał niepewnie Neev-jin.
  Znowu się uśmiechnęła, jeszcze okropniej niż poprzednio.
  - Sądzisz, że gdybym potrafiła tak łatwo dotrzeć do Rdzenia, to spędzałabym milenia tutaj i wyglądała w ten sposób?
  - Chyba znowu nie rozumiem.
  Z politowaniem pokiwała głową.
  - Rdzeń to miejsce narodzin wszechświata. Jeśli tam dotrzesz, dotkniesz samego źródła stworzenia, będziesz mógł kształtować rzeczywistość samą myślą.
  - Innymi słowy, będę mógł zrobić absolutnie wszystko?
  - Tak - odpowiedziała krótko.
  - W takim razie powiedz mi proszę, dlaczego nasz panujący miłościwie Imperator, skoro tam dotarł, nie został najwyższym bogiem nas wszystkich, tylko...
  - Tylko po prostu zwykłym, nic nie znaczącym Imperatorem Tysiąca Słońc? - wpadła mu w słowo. - Czy to nie dość? Nie zapominaj, że jest tylko śmiertelnikiem, więc jego ambicje ograniczone są, czy też były, przez śmiertelny umysł. Dotarł do źródła z jakiegoś powodu, w jakimś celu i cel ten spełnił. To wszystko. Tylko tyle i aż tyle.
  - Dobrze, łapię aluzję - westchnął. - Skoro jednak to nie Rdzeń, to co to jest?
  - Wejście.
  - Do Rdzenia?
  - Nie, ale prawie. Powiedzmy, że to wejście na ścieżkę prowadzącą do Rdzenia. - Edge uśmiechnął się, zauważyła to. - Nie bądź taki zadowolony. Nie jesteś teraz nawet krok bliżej Rdzenia niż pięć lat temu. To, że znasz wejście, nic nie znaczy.
  - Pewnie muszę je jakoś otworzyć?
  - Akurat nie. Mogę ci otworzyć w każdej chwili.
  - Więc w czym problem? - Przestał rozumieć cokolwiek.
  - Znajdujesz się dopiero na początku swojej drogi. Do Rdzenia dotrzesz dopiero na końcu.
  - Możesz mówić jaśniej? Czy ta "droga" o której mówisz to ta "ścieżka" za tym "wejściem"? - zdenerwował się. - Nawet, do cholery, nie mam pojęcia o czym mówię!
  - Ujmę to inaczej. Zaraz otworzę ci to wejście, ty z niego skorzystasz, ale nie uda ci się dotrzeć do Rdzenia, bo jesteś jeszcze zbyt słaby. Uda ci się to dopiero kiedy będziesz gotów.
  - Hmm... skąd pewność, że teraz będę chciał spróbować?
  - Nie oszukujmy się. Nie wierzysz mi przecież. Nie uwierzysz, póki nie spróbujesz. Poza tym, musisz się przekonać dlaczego niby miałbyś tam nie dotrzeć.
  Miała rację. On sam lepiej by tego nie ujął.
  - A więc otwórz.
  Bez słowa wyciągnęła dłoń w kierunku kuli, w której pojawił się teraz okrągły, trzymetrowej średnicy otwór, ziejący jasnością. Edge poczuł, jak jego chi wraca. Już o własnych siłach podleciał do sfery i zagłębił się w jej wnętrzu. Poczuł jeszcze jak wejście za nim zamyka się.
  Wnętrze sfery przypominało psychodeliczny sen. Było tu jasno, potwornie jasno. Dostrzegał chyba wszystkie znane sobie kolory, a także kilka, których nie potrafił nazwać. Dopiero po kilku chwilach jego wzrok na tyle przyzwyczaił się do natężenia światła, by mógł rozróżnić jakieś szczegóły. Trudno było to opisać słowami... W pewnym sensie energia przyjmowała tu kształty materii... inaczej nie mógłby tego określić. Widział różnokolorowe energetyczne wiry tworzące się i rozpraszające. Wyładowania elektryczne uderzały pomiędzy jednym skupiskiem wielobarwnej mgły, a drugim. Obrazu dopełniały pojawiające się tu i ówdzie, pod różnymi kątami, kolumny światła.
  Odwrotu nie było.
  Nerwowo, ale powoli ruszył do przodu, jakby bojąc się, że gwałtowny ruch może zwrócić uwagę... No właśnie, czego? Nie miał pojęcia. Wydawało mu się za to, że wie dokąd powinien zdążać. W stronę największej koncentracji energii, przypominającej huragan pulsarów.
  Wszystko szło dobrze, póki przypadkiem (a może nie przypadkiem?) nie oberwał jednym z wyładowań elektrycznych. Nie wiedział, nie spodziewał się, że może istnieć taki ból. Błyskawica przeszyła jego korpus, momentalnie zwęglając mu skórę na piersi i paląc go żywym ogniem. Wrzasnął i stracił równowagę, opadając na jakiś czerwony wir energetyczny. Potworne gorąco i zimno, gorsze od absolutnego zera w kosmosie, zaatakowały go jednocześnie. Nie wrzeszczał, jego krtań momentalnie zamarzła. Zdążył jeszcze zobaczyć jak potężny wąż energii wbija się w jego serce, rozprzestrzeniając jasne smugi po całym ciele i rozrywając go na strzępy.
 
  - Możesz otworzyć oczy - usłyszał głos Alcary.
  Nie zrobił tego. Nie czuł się na siłach. W całym ciele czuł mrowienie. Chyba leżał w jakimś półokrągłym dole.
  - Gdzie... ja... jestem? - zapytał, otwierając oczy. - Czy umarłem?
  - Nie. Wkraczając do środka przestałeś, chwilowo, należeć do tego świata. Tam zaś nie możesz umrzeć.
  - Co się stało? Jak się stamtąd wydostałem?
  - Wydostanie się to nie problem. Zostałeś wydalony jako ciało obce. Co zaś się stało? Rozpoznano intruza, więc postanowiono się go pozbyć.
  Otworzył oczy. Nad nim, poza lewitującą Alcarą, wisiała złowieszczo kula-wejście. Wstał z trudem.
  - Rzeczywiście, nic mi nie jest - zauważył z ulgą, przy okazji stwierdził też, że nadal dysponuje swoją chi.
  - Twoje ciało należy do świata materialnego i tylko tu możesz je stracić.
  - Dobrze to słyszeć - stwierdził. - To jednak nie zmienia faktu, że mi się nie udało, jak przewidziałaś. Co mam zrobić, żeby dotrzeć do Rdzenia? - Spojrzał na nią wzrokiem, który sugerował iż ma dość podchodów i oczekuje odpowiedzi wprost.
  Uśmiechnęła się nieco perfidnie.
  - Żebym to ja wiedziała... - odparła z rozbrajającą szczerością. - Wiem tylko, że musisz się stać znacznie silniejszy niż jesteś teraz. A kiedy mówię "znacznie" to mam na myśli "znacznie". - Zaakcentowała ostatnie słowo.
  - Rozumiem... ale jakbym miał oceniać tak na oko - przypomniał sobie energię wewnątrz sfery - to i pięć lat mi nie wystarczy.
  - Ho ho, pięć lat - zadrwiła. - A co powiesz na pięćdziesiąt?
  - Żartujesz... - powiedział z grobową miną.
  - Musisz mieć świadomość tego, iż być może nigdy nie będziesz dość silny, by tam dotrzeć.
  Westchnął. Ta rozmowa męczyła go już.
  - Czy nie mówiłaś, że tam dotrę i że mi się uda?
  - Posłuchaj. Tutaj zostać nie możesz, bo zamienisz się w Khr'evla, a tego raczej nie chcesz. Pozostają ci trzy opcje. Pierwsza: powrócić do Imperium, gdzie zginiesz. Druga: tułać się po pustkowiach kosmosu i zabijać Scarr'gony lub inne potwory, co jednak nie zmusi cię do poważniejszego wysiłku, więc się nie wzmocnisz... - przerwała. Edge uznał iż oczekiwała aż on zapyta o trzecią opcję. Nie chciał jej dać tej satysfakcji, ale gdy milczenie przedłużało się, zrozumiał iż nie ma wyboru.
  - Jaka jest trzecia opcja? - wymruczał.
  - Możesz się udać do innego wszechświata. Tam czekają cię dość duże wyzwania... Poza tym, będziesz mógł skorzystać z dodatkowej możliwości.
  Potrzebował chwili na przetrawienie tej informacji. Inny wszechświat? Inny wymiar? Owszem, wiedział o istnieniu takowych, ale to była dla niego czysta teoria. Udać się tam? Co to za bzdura... A nawet gorzej... jeśli to prawda?
  - Niby jakiej możliwości? - zapytał, skojarzywszy wreszcie ostatnią część wypowiedzi Alcary.
  - Słyszałeś kiedyś o fuzji?
  - Nie.
  - Nic dziwnego, w naszym świecie nikt jej nie zna. To potężna technika pozwalająca dwóm wojownikom połączyć się w jednego, o wiele potężniejszego. Nawet gdybyś okazał się zbyt słaby, ale odnalazł innego wojownika o porównywalnej mocy... Po fuzji mielibyście znacznie większe szanse dotrzeć do Rdzenia. Oczywiście musiałbyś najpierw jakoś zdobyć sekret tej techniki... Nie mówiąc już o znalezieniu podobnego do ciebie wojownika.
  - W jakim sensie podobnego? Ma być równie brzydki?
  Nie zareagowała na żart.
  - O porównywalnej mocy... - powtórzyła - ale nie tylko. Zorientujesz się, kiedy tam dotrzesz...
  - Znowu mówisz jakbym już zdecydował, że się tam wybiorę - warknął.
  - Kiedy przemyślisz sprawę, na pewno uznasz, iż to najlepsze, a więc jedyne, wyjście.
  - Skąd w ogóle wiesz o tym innym świecie? O fuzjach i innych takich. To też odczytałaś z gwiazd?
  - Wszechświatów jest wiele, ale Rdzeń jest jeden. Bariera między wymiarami jest osłabiona w pobliżu kuli - wskazała wejście do Rdzenia. - Obserwowanie tych wszechświatów to kwestia wprawy. Ten o którym mówię ma dla ciebie największą wartość ze wszystkich, które odnalazłam. Mogę cię tam przenieść... ale nie z powrotem. Będziesz musiał znaleźć inny sposób żeby tu wrócić. Oczywiście, jeżeli dotrzesz do Rdzenia wystarczy jedna myśl i znajdziesz się gdzie zechcesz.
  - Widzę w tym jedną dziurę... Jeśli się tam przeniosę, a wejście do Rdzenia zostanie tutaj... Chyba, że i wejście mam odnaleźć tam. Pewnie jakieś jest, skoro Rdzeń jest wspólny dla wszechświatów.
  - Dobrze myślisz. Równie dobrze jednak możesz zabrać to wejście ze sobą...
  - Że co? - zdziwił się.
  Alcara odwróciła się do niego plecami i wyciągnęła dłonie w kierunku sfery. Wypowiedziała kilka dziwacznie brzmiących słów, nie przypominających w ogóle mowy Pełzaczy. Po sekundzie kula zafalowała, zaczęła się zmniejszać, aż w końcu znikła całkowicie. Kobieta zbliżyła się do otaczającej ich fioletowej ściany i dotykając jej wypowiedziała kolejne słowa, tym razem bez wątpienia w języku Khrev'la. Po chwili odwróciła się z powrotem w kierunku Edge'a. W dłoni trzymała zawieszony na czarnym łańcuszku płaski metalowy krążek, przedzielony na pół prostą linią.
  - Robi wrażenie... - stwierdził, bo faktycznie zaimponowało mu to trochę.
  - Warto uczyć się języków - stwierdziła z upiornym uśmiechem. - Aby przywrócić wejście, złam to wzdłuż tej linii. Odłamana połówka zmieni się w kulę.
  - A druga?
  - Klucz do niej - wyjaśniła krótko.
  Pokiwał głową, wziął medalion z jej dłoni i założył go.
  - Wygląda na to, że już się zgodziłem na tę wyprawę... - westchnął. - Mówisz, że to "najlepszy" wszechświat. To znaczy, że żyją tam potężni wojownicy?
  - O tak - pokiwała głową. - Wielu. Znacznie więcej niż tutaj.
  - Tak? Czy to znaczy, że żyje tam ktoś potężniejszy od... Imperatora?
  Spojrzała na niego krzywo.
  - A jak sądzisz?
  Edge nie odpowiedział. Nie, to było niemożliwe. Nie mógł istnieć nikt równie silny. Jego władca musiał być niezwykle potężny skoro dotarł do Rdzenia, a tam na pewno jeszcze zwiększył swoją moc. Akurat co do tego, że nie istniał nikt potężniejszy od Imperatora Bez Twarzy, Neev-jin nie miał żadnych wątpliwości.
  - A czy są potężniejsi ode mnie? - zapytał jeszcze.
  - Wielu... i jednocześnie żaden - odparła zagadkowo.
  Nie chciało mu się już dociekać o co chodzi.
  - Nie zadałem ci jeszcze jednego ważnego pytania. - Spojrzał na nią przenikliwie. - Dlaczego mi pomagasz?
  - Bo tak zapisano w gwiazdach - odparła bez zastanowienia.
  Nie uwierzył. I słusznie, bo kłamała.
  - Nie - stwierdził twardo. - Powiedz prawdę. Chcę wiedzieć co ty z tego masz.
  Utkwiła w nim swoje starcze, zmęczone wszystkim oczy, które mimo wszystko miały w sobie ten nieokreślony błysk mówiący wszystko. Nie musiała już odpowiadać, domyślił się.
  Zemsta.
  - Nie pytaj mnie skąd... ale w głębi duszy wiem, że to on jest odpowiedzialny za moją sytuację. To nie jest wspomnienie... raczej świadomość, poczucie czegoś. Chęć zemsty na nim towarzyszy mi od samego początku. - Roześmiała się szaleńczo, jej głos przybrał nieco obłąkańczy ton. - Zanim tu przybyłam Khr'evla nigdy nie atakowały ras imperium, tylko broniły tego miejsca. Nauczyłam je bólu i okrucieństwa... Ale zabijanie pojedynczych mieszkańców jego kraju, czy nawet całych kolonii, to tylko namiastka zapłaty za to co mi zrobił...
  - Wystarczy! - przerwał jej, nie mogąc dłużej tego słuchać.
  Widział co Pełzacze potrafiły zrobić z mieszkańcami planet granicznych. To tłumaczyło bardzo wiele. Wszyscy wielokrotnie próbowali odpowiedzieć na pytanie dlaczego ataki tych stworów są tak pozbawione sensu, często niemal samobójcze. Zdawało się iż Pełzacze chciały zawsze zadać imperium jak największe straty, w ogóle nie licząc się z własnym życiem. Niemal zawsze wszystkie ginęły, jednak zanim to nastąpiło zaatakowane światy wypełniały się trupami.
  - Nie podoba ci się to z kim współpracujesz? - zapytała sarkastycznie. - Biedaczek, jakże mi ciebie żal... Ty naprawdę jeszcze sądzisz, iż jesteś panem swojego losu. Ideały to piękna rzecz, ale...
  - Dość! - przerwał jej ostro. - Czy powiedziałaś mi już wszystko co powinienem wiedzieć?
  - Tylko jedno... Nie próbuj uciekać od tego co zapisano ci w gwiazdach. Nie uda ci się. Gwiazdy prędzej czy później przywrócą cię na właściwą ścieżkę. I mogą przy tym ucierpieć inni.
  - Chcesz powiedzieć, że mam swoje "przeznaczenie"? - Uśmiechnął się krzywo. - Niech i tak będzie. - Przerwał na chwilę. - Nie widzę żadnego powodu dla którego miałbym tu z tobą dłużej zostać. Jak mam się dostać do tego innego świata?
  Podeszła do niego i dotknęła amuletu, który mu dała. Przymknęła oczy i wypowiedziała kolejne zaklęcie, z brzmienia podobne do poprzedniego. Nad głową Edge'a pojawił się nieregularny, błyszczący czerwonawym światłem kształt.
  - To ostatni sposób, w jaki mogę ci pomóc. Oto twoje przejście.
  Pokiwał głową.
  - Rozumiem, że to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie - powiedział.
  Zdziwiła się i nie odpowiedziała od razu, jak to miała w zwyczaju. Wykorzystał jej chwilę wahania i mówił dalej.
  - Nie wiesz, prawda? Tego nie odczytałaś z gwiazd. W takim razie ja ci powiem... Tak, to jest nasze ostatnie spotkanie. - Wyciągnął dłoń w jej kierunku. - To za wszystkie ofiary twoich Khr'evla.
  - Co... - zaczęła mówić kiedy chi-blastem rozerwał ją na strzępy. Organiczne i mechaniczne fragmenty, które nie uległy zwęgleniu, rozsypały się jednolitym podłożu. Bez choćby mrugnięcia okiem, nie czekając aż Pełzacze zrozumieją co się stało, uniósł się w powietrze i zniknął w portalu.

Koniec części pierwszej.


Wstęp <- | -> Część druga

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.