ater i tyran Wstęp
Część pierwsza | Część druga | Część trzecia | Część czwarta | Część piąta

Część czwarta: Opowieść o Niszczycielu

Część czwartą ES dedykuję Nookiemu - żeby sprawdzić czy także potrafię. Ty już wiesz o co chodzi.

"Power is a sickness power is to blame,
Power is a weapon and it's driving me insane.
Power is an enemy, power is pain,
Power is a war, but to you it's just a game.
Power isn't freedom, power is a cage,
Power is your sin and it feeds my RAGE!!!"

Clawfinger - "Power"

IVA: Supernowa

  Nazywam się Dao, jestem Umierającą Gwiazdą i paradoksalnie najbardziej ze wszystkiego boję się śmierci. Niegdyś byłem bohaterem, być może największym w całej galaktyce, ale to się zmieniło i teraz zaliczam się do najgorszych zbrodniarzy wszechświata. Zabiłem więcej istot niż byłbym w stanie zliczyć i jest bardziej niż pewne, iż na drugiej stronie trafię do piekła.
  Ale może zacznę od początku...
  Kiedy pierwszy raz spotkałem Edge'a, nic jeszcze nie było przesądzone. Owszem, byłem swieżo upieczonym ludobójcą, ale zostałem nim w poniekąd słusznej sprawie i mogłem się jeszcze łudzić, że władca zaświatów weźmie to pod uwagę. Nie przewidziałem, niestety, jak źle potoczą się późniejsze wydarzenia. Początkowo nie było wcale aż tak źle, chociaż czasami monotonnie. Lataliśmy z planety na planetę szukając kogoś, kto będzie w stanie dorównać Edge'owi w walce. Po co - nie wiem do tej pory, choć od momentu gdy się poznaliśmy minęły już długie lata. Wtedy mój towarzysz nie ufał mi jeszcze na tyle, by mi coś wyjaśniać, a teraz... teraz nie jestem pewien czy sam to jeszcze wie. Od początku towarzyszyła nam Dabre, dziewczynka, którą Edge traktował jak córkę, choć na pewno nie byli spokrewnieni. Nie należeli nawet do tej samej rasy. Dabre przerażała mnie od samego początku. Mam dość rozwinięty zmysł wyczuwania ki i to, co już wtedy drzemało w tej małej, nie mieściło mi się w głowie, a znałem tylko część prawdy.
  Nie wiem czy sam nie zapoczątkowałem tego łańcucha śmierci, czy nie rzuciłem kamyka, będącego zaczątkiem lawiny wydarzeń, która z potężnym impetem spadła nam na głowy. Uważałem wtedy Edge'a za naprawdę potężnego wojownika (w rzeczywistości dopiero miałem się przekonać co znaczy "potężny") i, kiedy nasza podróż już któryś tydzień z rzędu okazywała się bezowocna, powiedziałem mu o Cathanie Zabójcy Bogów. Edge skorzystał z tej wiedzy, wyzwał Cathana i zwyciężył, co wtenczas było dla niego sporym osiągnięciem. Niestety, żaden z nas nie przewidział jak daleko sięga sława Zabójcy Bogów. Wieść o jego porażce rozniosła się po kosmosie z prędkością chyba nawet większą, niż posiadają promienie słońc. To zwróciło na nas uwagę pierwszych Umierających Gwiazd. Zaczęli nas szukać i znaleźli dość szybko, bo nie sądząc iż jesteśmy ścigani nawet nie próbowaliśmy się ukrywać.
  Kiedy Edge, w celu zdobycia prowiantu na dalsza drogę, opuszczał bezludną planetę, gdzie się zatrzymaliśmy, nie sądziłem, że rozmawiam z nim po raz ostatni. Wkrótce po tym jak odleciał, zostaliśmy z Dabre zaatakowani z zaskoczenia i pokonani praktycznie bez walki. Chwaliłem się już, że jestem zdolny jeśli chodzi o wyczuwanie ki, prawda? Otóż jeden z nich, rudowłosy dzieciak o imieniu Sashi-Zoe posiada jeszcze większe umiejętności w kwestii jej ukrywania, o czym się wtedy dobitnie przekonałem.
  Tych, którzy mnie znają pewnie zdziwiłyby słowa słowa o tym, iż tego dnia rozmawiałem z Edge'em ostatni raz. To tylko po części prawda, bo gdy tylko odzyskałem przytomność ujrzałem go przed sobą... ale to już nie była ta sama osoba. Wojownik, którego znałem wcześniej kierował się w życiu bardzo prostymi zasadami - dzielił tych, których spotykał na trzy kategorie. Na niewinnych, na obrońców niewinnych i na morderców niewinnych. Szanował przedstawicieli dwóch pierwszych, bez wahania zabijał należących do dwóch ostatnich. Mordercy nie zasługiwali, według niego, na życie, zaś obrońcy... tego długo nie rozumiałem... niejako "powinni" zginąć w walce... Kiedy go o to zapytałem wyjaśnił krótko, że niewinni dlatego mogą żyć w spokoju, bo są tacy, którzy dla nich poświęcą życie. To miało wyjaśniać dlaczego nie wahał się zabić i setek żołnierzy na niektórych odwiedzanych przez nas planetach. Wtedy trudno było mi to pojąć, teraz... teraz chciałbym by tamten Edge nadal istniał.
  Bo kiedy odzyskałem tamtego dnia przytomność, Edge był już zupełnie kim innym niż zaledwie kilka godzin wcześniej. W jakiś sposób Razor, ówczesny przywódca Umierających Gwiazd zdołał go w tak krótkim czasie całkowicie złamać.
  Może w tym miejscu się zatrzymam i wspomnę o tym, kim właściwie są, czy też były Umierające Gwiazdy... Dla mnie były wtedy legendą, bajką dla grzecznych lub niegrzecznych dzieci krążącą po kosmosie, jak to legendy i bajki mają w zwyczaju. Wedle jednej wersji była to grupa wojowników tak potężnych, że zdolnych niszczyć całe słońca, skąd miała się wziąć ich nazwa. Inna opowieść mówiła, że narodzili się w wyniku eksplozji głównej gwiazdy legendarnej Centralnej Megagalaktyki... Cóż, tylko jedno powtarzało się we wszystkich - ponoć nie mieli we wszechświecie równych sobie.
  Na pewno nie mieli, kiedy my ich spotkaliśmy.
  Jak już wspomniałem, ich przywódcą wtedy był niejaki Razor. Już z samego wyglądu nie budził specjalnej sympatii... niby Edge też nie, ale nie do końca da się ich w tym względzie porównywać. Edge był (zresztą, jest nadal) wielkim, błękitnoskórym mięśniakiem, z czubem zgniłozielonych włosów na głowie, no - powiedzmy szczerze - wyjątkowo brzydkim. Razor natomiast stanowił zupełnie inny typ. Był na swój sposób nawet przystojny, o ile ktoś lubi egzotykę. Miał bardzo bladą skórę, czarne włosy, uzębienie godne prawdziwego mięsożercy i czerwone, jakby żywcem wyciągnięte z opowieści o wampirach, oczy. Oczy zresztą były w nim najgorsze - potrafił spojrzeć w taki sposób, że od razu myślało się o samobójstwie jako najmniej bolesnym rodzaju śmierci... Razor ubierał się stosunkowo dziwnie jak na kosmicznego ki-wojownika, zwykle miał na sobie czarny strój z narzuconym na to szarym płaszczem o wysokim kołnierzu.
  On właśnie pokonał Edge'a. W jaki sposób, tego nie widziałem, ale biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia wcale mnie to nie dziwi. Nie chodzi tu nawet o to, że Edge'a pobił, że nie dał mu szans w walce. Chodzi dokładnie o to, że go pokonał - zniszczył psychicznie, złamał charakter. Wiem, iż spory udział mieliśmy w tym ja i Dabre i bardzo tego żałuję, ale wtedy nie mogłem już nic na to poradzić. Tego dnia wyruszyliśmy w kosmos jako nowi rekruci Umierających Gwiazd, ja, Dabre i Edge, będący już wtedy niczym więcej jak posłusznym psem Razora. W spojrzeniu ogromnego wojownika nie było już ani krzty charakteru, który wcześniej dostrzegałem tam za każdym razem i dla którego zdecydowałem się towarzyszyć mu w jego podróży. Czerwonooki w jakiś sposób zdołał w tak krótkim czasie odebrać mu wszystko.
  Podróżowała z nami oczywiście także pozostała dwójka Umierających Gwiazd, warto więc o nich wspomnieć, zwłaszcza że w dalszej opowieści odegrają pewną dużą rolę. Wspomniany już przeze mnie Sashi-Zoe był rudym, na oko trzynasto-, może czternastoletnim chłopcem. Wtedy sądziłem, że faktycznie jest w tym wieku, teraz wiem, że on po prostu tak wygląda, choć zupełnie nie wiem dlaczego się nie starzeje. Mniejsza jednak o to, bo nie to było wtedy ważne. Sashi, poza tym, że był młody i rudy, był także niemy. Porozumiewał się ze światem wyłącznie za pomocą ruchów głową - potwierdzenia i zaprzeczenia, co z góry ograniczało go do odpowiadania na pytania, bo bardzo trudno byłoby mu w ten sposób przekazać jakąś głębszą treść. W ogóle mu to jednak nie przeszkadzało, bo też i nigdy nie miał nic do przekazania. Sashi-Zoe po prostu "był wtedy z nami", stanowił najbardziej stały element tamtej podróży. Czasami się o nim nawet zapominało, tak bardzo można było przywyknąć do jego cichej obecności. Z rzeczy, które wtedy mnie dziwiły i zastanawiały mogę jeszcze przytoczyć fakt, iż Edge początkowo próbował z nim rozmawiać i to nawet dość uparcie. Dopiero kiedy Foil któryś raz wyjaśnił mu, że Sashi nie mówi, dał sobie spokój.
  Jeśli miałbym się teraz zastanawiać to bardziej intrygowałoby mnie dlaczego Edge próbował porozumiewać się z Sashim tylko kiedy Razora nie było w pobliżu... ale nie myślę już o tym, bo próbując ogarnąć choćby część tego wszystkiego pewnie popadłbym w szaleństwo.
  Foil sam w sobie wydawał się na tle reszty zupełnie przeciętny... chociaż nie pod względem wyglądu. Wyobraźcie sobie stalowy, humanoidalny szkielet uzupełniony i względnie masywne kolce w kluczowych miejscach (jak kolana, łokcie czy barki) i obciągnięty na koniec szarawą skórą. Widok nieszczególnie przyjemny, nawet kiedy się nie uśmiechał. Z Foilem jednak dało się nawet czasami normalnie porozmawiać, stanowił ten typ, który najlepiej czuł się właśnie pod czyjąś komendą - kiedy nie musiał brać odpowiedzialności za swoje czyny, szczególnie, że charakter miał lekko sadystyczny.
  Historia Foila była względnie interesująca, choć także dość krótka. Był jednym z silniejszych na swojej, zamieszkałej przez dość liczną rzeszę ki-wojowników, planecie, ale pewnego dnia zginął. W ramach jakiegoś chorego eksperymentu przywrócono mu życie, wszczepiając w szkielet mechaniczne elementy, które między innymi podtrzymywały pracę mózgu. Stanowił więc dość oryginalne połączenie zombie i cyborga. Na swojej planecie już długo nie zabawił - stwierdzając, iż skoro jest nieśmiertelny może bez przeszkód zwiedzić kosmos, opuścił ją i nigdy nie powrócił.
  Ponoć zanim my dołączyliśmy do Razora i reszty towarzyszył im jeszcze niejaki Spike, ale został zabity przez Edge'a zanim miałem okazję go poznać, czego nie żałuję jakoś szczególnie.
  Aha... dobrze by było jeszcze wspomnieć, iż w naszej podróży towarzyszył nam jeszcze ktoś, ale wtedy nikt z nas o tym nie wiedział i raczej nieprędko mieliśmy się o tym dowiedzieć.
  Podróżowaliśmy w milczeniu, przemierzając kosmos w błękitnej bańce energii, którą Edge potrafił stworzyć. Nie odzywaliśmy się do siebie, jeśli nie liczyć nieśmiałych prób Dabre w nawiązaniu konwersacji z naszym wielkim towarzyszem. Napotkała na całkowity mur milczenia i w konsekwencji rozpłakała się. Z głową wypełnioną złymi przeczuciami, nie miałem żadnego pomysłu by ją pocieszyć.

  Kim Umierające Gwiazdy były w rzeczywistości przekonaliśmy się z Edge'em wkrótce, na planecie o nazwie Alderaan, której to nazwy nie zapomnę chyba do końca życia, a może i dłużej. Był to pierwszy świat na jakim wylądowaliśmy, oczywiście zamieszkały. Nie było tam ki-wojowników, więc cel wizyty tam był dla mnie początkowo bardzo niejasny. Niestety, szybko został nam ujawniony przez Razora we własnej osobie. Bez choćby słowa wyjaśnienia nadleciał nad jedno z większych miast i ostrzelał je pociskami, niszcząc niemal połowę nim do nas dotarło co właściwie robi. Skłamałbym mówiąc, że mnie to nie zaskoczyło, zaś Edge został dosłownie zamurowany. Kiedy się ocknął i zareagował, miałem przez chwilę nadzieję, na to, iż odzyska charakter, z którego go znałem, niestety byłem w błędzie.
  - Przestań! - krzyknął, stając pomiędzy Razorem i jego celem. - Co robisz?!
  - A jak to wygląda? - zapytał beznamiętnie czerwonooki. - Niszczę to miasto.
  - Ale... dlaczego?
  - Dlaczego? Hmm... - Razor zamyślił się, a przynajmniej taką minę zrobił. - Wiesz, nie zastanawiałem się nad tym, chyba bez powodu.
  Te słowa uderzyły Edge'a do głębi, było to wyraźnie widać.
  - Bez powodu? To znaczy, że nie masz w tym żadnego celu? Że...
  - Może trochę rozrywki... Może też trochę dlatego, iż lubię to jak eksplozje wyglądają na tle nocnego nieba.
  - Ale...
  - Jakie "ale", co, Edge? - zapytał tamten twardo. - Chcesz mi się sprzeciwić? Sądziłem, że tę część mamy już za sobą.
  Olbrzym w odpowiedzi pochylił tylko głowę, wydawało mi się też, że spojrzał wtedy w naszą, moją i Dabre, stronę, co tylko utwierdziło mnie w fakcie, że Razor trzyma go w szachu grożąc naszą śmiercią. Sądziłem jednak - i nadal sądzę - że chodziło o coś więcej. Foil i Sashi-Zoe lewitowali w pobliżu nie reagując na sytuację, wyglądało to jakby czekali, aż ich szef się znudzi.
  Bladoskóry uśmiechnął się lekko i uniósł dłoń do posłania w mniej zniszczoną część kolejnego ki-blasta, ale nie strzelił, powstrzymały go kolejne słowa Edge'a.
  - Bawi cię to, że nikt nie jest w stanie cię powstrzymać, prawda? Upajasz się własną mocą... sądzisz, że że jesteś najsilniejszy we wszechświecie i nikt nigdy ci się nie postawi na poważnie, tak?
  Te słowa dały mi do myślenia. Nie znałem wtedy jeszcze mocy Razora, choć domyślałem się, że musi być spora, zważywszy zachowanie mojego niebieskoskórego towarzysza. Mniej więcej wtedy zacząłem sobie uświadamiać jak duża różnica musiała dzielić tych wojowników. Razor tymczasem przestał się uśmiechać i spojrzał na Edge'a poważnie.
  - Może nie najsilniejszy, ale na pewno w ścisłej czołówce - stwierdził.
  - I uważasz, że skoro jesteś taki silny, to możesz robić co ci się żywnie podoba?
  Wtedy przywódca Umierających Gwiazd roześmiał się na cały głos. Zaskoczyło mnie to, bo jego śmiech brzmiał dość przyjemnie, a już na pewno wydawał się całkowicie naturalny, albo przynajmniej perfekcyjnie udawany. Przypuszczam, że udawany nie był.
  - Zabawne, że o to pytasz - zaczął. - To przywołuje wspomnienia... kiedyś, dawno temu, utrzymywano mnie w przeświadczeniu, iż powinienem wykorzystywać swoją siłę dla tak zwanego lepszego dobra - mówił, patrząc na płonące miasto. - Już wtedy trudno było mi się z tym pogodzić... a innym nade mną zapanować. Byłem skłonny do, jak to określano, "wybryków". Po jednym z nich, kiedy ucierpieli postronni, ktoś zadał mi to samo pytanie co ty teraz. Chyba nie powinien był tego robić, bo to pytanie uświadomiło mi, że owszem, tak właśnie sądzę... Tego dnia widziałem swój świat po raz ostatni. - Zamilkł, ale kontynuował po chwili: - Edge, teraz ja cię o coś zapytam. Uważasz, że nie powinienem tak postępować? - Nutka w jego głosie sugerowała, że pyta czysto retorycznie nie zamierza się stosować do rady, Edge także to zauważył.
  - Nie rozumiem po prostu co zyskujesz niszcząc to miasto - odpowiedział wymijająco.
  - Nic także nie tracę. Tak to już jest być Umierającą Gwiazdą. Tak samo jak gwiazdy, które u kresu swego istnienia przeradzają się w supernowe, siejąc zniszczenie i śmierć, także my staramy się unicestwić jak najwięcej zanim sami zginiemy.
  - Co? - zapytałem zaskoczony. - To stąd wzięła się nazwa "Umierające Gwiazdy"?
  - Owszem. - Razor odwrócił się i utkwił we mnie to swoje przeszywające spojrzenie. - Wspaniałe, prawda?
  - Nie - odparłem, z trudem zdobywając się na wypowiedzenie słów - to przerażające.
  - Najwyraźniej obce jest wam jeszcze piękno zaklęte w destrukcji - powiedział spokojnie, kierując wzrok z powrotem na miasto - ale nic straconego, macie szczęście iż trafiliście na mnie. Wkrótce nauczycie się je dostrzegać... Edge.
  - Tak?
  - Zniszcz tamtą dzielnicę, tę przyozdobioną zielonymi światłami.
  Edge zawahał się, drgnął, ale nie wykonał polecenia. Spojrzał tylko bezwiednie na wskazany cel, nie wiedząc jak zareagować. Mogę się tylko domyślać jaką walkę toczył wtedy w swoim wnętrzu. Może to oznaka starczej słabości, ale cieszę się, iż nie byłem wtedy na jego miejscu.
  - No? Długo mam czekać? - zapytał czarnowłosy, wyraźnie zniecierpliwiony.
  - Ja... ja...
  - Tak myślałem - przerwał mu Razor, ponownie odwracając się za siebie. Poczułem gęsią skórkę gdy jego oczy zatrzymały się na mnie. Jednakże ku mojemu kolejnemu zaskoczeniu i, nie ukrywam, uldze podleciał nie do mnie, ale do... Dabre. - Ponoć edukację należy zaczynać w jak najmłodszych latach. Zaraz się przekonamy czy to prawda. - Chwycił dziewczynkę za rękę i wrócił mniej więcej na poprzednie miejsce. Następnie ustawił ją przed sobą i nachylił się, mówiąc jej prosto do ucha, na tyle głośno jednak, by wszyscy słyszeli: - Posłuchaj, mała. Jestem pewien, że wiesz jak stworzyć pocisk energii. Wiesz, prawda? - Skinęła głową przestraszona. - Świetnie. No więc skup się i wystrzel najsilniejszy jaki potrafisz w kierunku tego miasta. Jeśli tego nie zrobisz zabiję twoich przyjaciół, a na końcu pewnie także i ciebie. Rozumiesz? - Dabre spojrzała na Edge'a w poszukiwaniu jakiegoś wsparcia, ale on tylko odwrócił wzrok. - Rozumiesz? - Razor ścisnął jej bark aż pisnęła z bólu.
  - T-tak.
  - Bardzo ładnie. - Złapał jej nadgarstek i nakierował jej dłoń na cel. - Dokładnie tak... Teraz! Zniszcz ich! - syknął agresywnie. - Zabij!
  Dabre załkała cicho i zacisnęła powieki, co jednak nie powstrzymało łez płynących z jej oczu. W jej dłoni pojawiła się niewielka, zielona kulka ki, która sekundę później poleciała w kierunku jednego z blokowisk i eksplodowała tam, niszcząc kilka budynków. Razor puścił dziewczynkę, która, straciwszy zupełnie koncentrację, zaczęła opadać na ziemię. Na szczęście w porę udało mi się ją złapać. Biedaczka cały czas płakała, było mi jej wtedy potwornie żal. Byłem także wściekły... głównie na samego siebie, ale nie tylko. Jak się okazało, Edge także był na granicy wytrzymałości psychicznej, pokazała to reakcja na słowa Razora.
  - I co ty na to, wojowniku? - zaczął przywódca Umierających Gwiazd. - Nawet twoja mała koleżanka sobie poradziła, może z trudem, ale jednak. Nie wstyd ci, że jesteś od niej gorszy?
  - Naprawdę chcesz wiedzieć?! Naprawdę chcesz do kurwy nędzy wiedzieć?! No to zaraz się przekonasz!! - Olbrzymi wojownik bez wysiłku skupił w dłoniach potężną kulę ki i cisnął nią w powierzchnię planety. Wbiła się w podłoże w jaskrawej eksplozji, której fala uderzeniowa zrównała z ziemią nie tylko miasto, ale i całą okolicę. Większość ładunku jednakże przebiła się w głąb skorupy Alderaanu, wyraźnie czuliśmy jak zbliża się do samego jądra planety.
  Zadziwiająco, reakcją Razora na tę sytuację był kolejny atak śmiechu.
  - Jest to na pewno krok naprzód, Edge, ale musisz wiedzieć, że destrukcja jest jak seks... Musisz się delektować każdą chwilą, a nie starać się skończyć jak najszybciej.
  Do niemal nieprzytomnego z wściekłości olbrzyma dotarło wtedy, że to starcie przegrał i przypuszczam, że porażka ta była dla niego nawet bardziej dotkliwa niż poprzednia. W tym momencie mógł zrobić już tylko jedną rzecz, by jej dodatkowo nie pogłębić - milczeć. To właśnie czynił, zaciskając przy tym pięści tak silnie, że paznokcie aż do krwi wbiły mu się w skórę.
  - Tymczasem jednak, myślę, że nie powinniśmy tak stać bezczynnie - podjął po sekundzie Razor. - To by się mogło dla nas źle skończyć. - Sash, mógłbyś?
  Sashi-Zoe skinął głową, przymknął oczy i złożył dłonie. Wtedy po raz pierwszy mogłem zaobserwować jego niezwykłą naturalność w posługiwaniu się ki i przyznaję, że wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Niemal bez wysiłku otoczył nas wszystkich bladopomarańczową, kolistą osłoną energii na tyle mocną, że eksplozja Alderaanu, która nastąpiła niecałe pół minuty później nie zachwiała jej ani na moment. Nie wiem, czy jakikolwiek inny znany mi ki-wojownik, z Edge'em na czele, byłby w stanie dokonać czegoś podobnego, a już na pewno nie z taką łatwością. Zresztą, niebieski olbrzym także był wyraźnie zdumiony tym wyczynem.
  Tego dnia był to już koniec emocji, nasza feralna podróż niestety dopiero się rozpoczynała...

  Podróż ta pochłonęła więcej ofiar niż mógłbym zliczyć i - przyznaję to z bólem - znaczna ich część zginęła z mojej ręki. Żadne słowa tego nie oddadzą w pełni, ale Razorowi po prostu nie dało się sprzeciwiać, nie na dłuższą metę. Przypuszczam, że obserwując jak Edge z czasem coraz bardziej mu ulega, jak z czasem dosłownie zaczyna się przed Razorem płaszczyć, jak wbrew sobie wykonuje każde jego polecenia, mógłbym tym olbrzymim wojownikiem wzgardzić... Mógłbym, gdyby nie fakt, iż sam, postępowałem dokładnie tak samo. Szybko straciłem rachubę w ilości zniszczonych przez nas światów i jedyne czego wtedy chciałem, to znaleźć się jak najdalej stamtąd. Co najgorsze miałem taką możliwość, ale nie potrafiłem z niej skorzystać... Będąc niegdyś w zaświatach poznałem technikę Shunkanido - teleportacji. Mogłem za jej pomocą wyrwać stamtąd cała naszą trójkę i nawet zaproponowałem to Edge'owi, ale z nieznanych mi wówczas powodów, odmówił.
  - Nie powstrzymam ciebie, jeśli postanowisz uciec, Dao, ale proszę, jeśli się na to zdecydujesz, zabierz ze sobą Dabre.
  Tylko tyle zdołałem z nieco wyciągnąć.
  Razor wcześniej wyraźnie dał nam do zrozumienia, że jakakolwiek próba rezygnacji z jego dalszego towarzystwa skończy się śmiercią całej trójki, a w tym wypadku zapewne, śmiercią tych, którym odejść się nie uda. Nie rozumiałem postawy Edge'a i wściekły na niego chciałem nawet postąpić zgodnie z tym co powiedział i wynieść się stamtąd z Dabre. Ona jednakże za żadną cenę nie chciała ona go zostawić na pewną śmierć i w sumie cieszę się, że wykazała wtedy więcej przywiązania ode mnie. Pozostawała mi jeszcze opcja samotnej ucieczki, jednak jak już wspomniałem, nie potrafiłem się na nią zdobyć. Co mnie powstrzymywało? Może jakaś jedna jedyna, ostatnia iskierka nadziei, telepiąca się gdzieś wewnątrz mojej duszy. Taka resztka heroizmu, tego uczucia, które rodzi się w człowieku po tym jak choć raz w życiu dokona czegoś bohaterskiego. Głupia, naiwna myśl o tym, że przetrwamy, że uda się nam ostatecznie zwyciężyć wcielone zło za jakie uważaliśmy wtedy Razora. Nadzieja to potężna, ale obosieczna broń - czasem zapewnia ogromną siłę, innym razem bywa złudna i prowadzi do zagłady.
  Zostawiając za sobą kolejne zgliszcza światów coraz bardziej obojętnieliśmy na śmierć. Najbardziej było to widoczne u Dabre, która, jako dziecko, miała najwrażliwszą psychikę. Nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić jakich spustoszeń te wydarzenia dokonały w jej umyśle, ale musiały być ogromne jeśli mam brać od uwagę to jak wpłynęły na mnie, znajdującego się przecież na zupełnie przeciwnym biegunie pod względem wieku. Wówczas mnie to przerażało, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy stwierdzam, że być może to i lepiej, że przywykła o tego wszystkiego już wtedy...
  Nie niszczyliśmy oczywiście każdej napotkanej planety... jak sądzę nie niszczyliśmy nawet jednej dziesiątej z nich, chociaż nie znalazłem żadnej reguły, która by mogła określić kryteria wyboru kolejnych celów. Jedyną zasadą było to, iż światy do anihilacji wybierał zawsze sam Razor, często spontanicznie. Zdarzały się okresy przestojów, w których czasami i tygodniami tylko przemieszczaliśmy się ze świata na świat. Sława Umierających Gwiazd sięgała daleko i prawie wszędzie byliśmy przyjmowani podobnie - niczym bogowie, którzy z niezadowolenia, czy dla kaprysu mogą unicestwić cała cywilizację. Właściwie był to obraz prawdziwy, chociaż zapewne mieszkańcy kolejnych planet nie zdawali sobie sprawy, iż żyjemy w równie wielkim strachu co oni... przynajmniej ja tak żyłem. Zdarzały się także próby siłowego oporu, ale chyba nie muszę nikogo przekonywać, że całkowicie bezskuteczne... Już Edge czy Foil potrafili pokonać każdego, a kiedy swoje możliwości pokazywał nasz przywódca, po prostu nie było co zbierać.
  Jak wspomniałem, żadnej zasady odnośnie wyboru następnych ofiar nie było. Bywało, że Razor wysadzał świat na którym zostaliśmy przyjęci po królewsku, innym razem, niszcząc kilkanaście rozwiniętych nacji pod rząd, oszczędzał jakąś nic nie wartą kosmiczną skałę bo, jak twierdził "był z niej ładny widok". Rzadko jednak się przed nami tłumaczył.
  Nie wiem, czy warto o tym wspominać, ale miałem wtedy wrażenie, iż on często sam nie widział sensu w swoim dziele zniszczenia. Od czasu do czasu owszem, gdy stał pośród płonących szczątków jakiegoś potężnego miasta, na jego twarzy malowała się prawdziwa ekstaza, w innych sytuacjach zachowywał obojętność, a jeszcze w innych widać po nim było co najwyżej ulgę, zupełnie jak, nie przymierzając, u narkomana, który otrzymał kolejną działkę swojej używki. Myślę, że to dobre określenie, on właśnie taki był - uzależniony od destrukcji. Musiał niszczyć, to stanowiło jego cel życiowy, główny i jedyny powód jego egzystencji... Zastanawiałem się kiedyś nad powodem dla którego ciągnął nas, czy raczej Edge'a, za sobą i ostatecznie uznałem, że pewnie po części sam zdawał sobie sprawę z tego kim jest i co robi. Tak, wydaje mi się, że tak było, potwierdzają to słowa, które skierował do Edge'a. Był supernową, a supernowa, niezależnie od tego jak jasno i jak gorąco by nie płonęła, prędzej czy później musi się wypalić. Myślę, że Razor podświadomie szukał śmierci, ale nie potrafił jej znaleźć, był na to po prostu zbyt potężny. Może wyczuł w moim olbrzymim towarzyszu tego, który będzie zdolny go zabić? Jeśli tak - miał rację... ale jednocześnie ogromnie się mylił.
  Już dokładnie nie pamiętam ile czasu minęło do momentu przełomu... oceniając jednak po tym jak Dabre urosła sądzę, że mogły to być jakieś trzy lata... Tak, chyba tak. Minęło około trzech lat od momentu gdy spotkaliśmy Razora do chwili, gdy oblicze Umierających Gwiazd zostało raz na zawsze odmienione. Dużą rolę odegrał w tym ten, którego później znienawidziłem (zresztą, nie tylko ja) - Cathan. Bo to właśnie Zabójca Bogów we własnej osobie podążał za nami gdy kroczyliśmy naszą ścieżką zniszczenia, przez ponad trzy lata.

IVB: Spuścizna Razora

  Po porażce w pojedynku z Edge'em, Cathan przez jakiś czas wracał do zdrowia na swojej planecie. Już wtedy dochodziły go głosy, które nie wróżyły mu dobrze. Przegrał, a to dowodziło, iż pokonanie go jest możliwe. Stracił w tej jednej walce znacznie więcej niż by się spodziewał, bo kiedy tylko wyzdrowiał znalazło się bardzo wielu kandydatów do zajęcia jego miejsca, w tym niektórzy przybyli z bardzo daleka. Pojedynczo był w stanie pokonać każdego, ale nie wszyscy jego nagle ujawnieni przeciwnicy chcieli przestrzegać tradycji pojedynków jeden na jednego. Po trzeciej niemal udanej próbie zamachu na swoje życie Cathan uznał, że tylko jedno może mu przywrócić dawną pozycję - odnalezienie Edge'a i pokonanie go. Plan był dobry, ale nie doskonały, gdyż niektórzy uznali jego chęć wyprawy w kosmos jako próbę ucieczki. Wynikło dość duże zamieszanie w wyniku którego planeta przestała istnieć razem ze znaczną większością swej populacji, zaś lekko ranny Zabójca Bogów rozpoczął swoją wędrówkę.
  Odnalezienie kogoś konkretnego we wszechświecie może być naprawdę trudne, Cathan jednak miał to szczęście, iż Edge nie zdołał w tym czasie odlecieć nigdzie daleko, bo w przeciwieństwie do niego samego, nie miał możliwości wspomagania swoich naturalnych zdolności zdrowienia i rany z walki leczył dużo dłużej. Tak więc podążał za nami już wtedy gdy opuszczaliśmy tamtą pustą planetę, gdzie Dabre nauczyła się Zanzoken. Gdyby był idiotą zapewne zaatakowałby już wówczas, jakkolwiek jednak mogę o nim powiedzieć wiele złego, to głupi nie jest. Wiedział, iż Edge pokonał go wcześniej jakimś sposobem i postanowił przed kolejną konfrontacją ten sposób poznać. Śledził nas aż do pamiętnego spotkania z Razorem i pewnie widział - lub co najmniej wyczuł - porażkę Edge'a. To tym bardziej skłoniło go do zachowania w tajemnicy faktu swojego istnienia. Już samo to, że udało mu się tego dokonać jest co najmniej imponujące. Nie tylko nas śledził, ukrywając się tak skutecznie, że nawet tego nie podejrzewaliśmy (to znaczy - nie wszyscy), ale jednocześnie intensywnie trenował, konsekwentnie podwyższając swoje umiejętności.
  Nie wiem czy to właśnie jego cierpliwość się wreszcie wyczerpała czy też po prostu uznał, że jest już dość silny, ale tego dnia kiedy stanął przed nami i wyzwał Razora na pojedynek wydawał się dość pewny siebie. Miało to miejsce na pewnej planecie, gdzie istoty żywe dopiero wychodziły na ląd, właściwie więc niezamieszkałej. Początkowo nie byliśmy pewni czy nie ulegamy zbiorowej halucynacji...
  - Chcesz ze mną walczyć, nieznajomy? - Razor wyraźnie niedowierzał. - A kimże to jesteś?
  - To Cathan, Zabójca Bogów - odparł nieco mechanicznie Edge, najbardziej chyba zaskoczony pojawieniem się błękitnookiego, ale też tylko on spotkał go wcześniej osobiście.
  - Zabójca Bogów? Ten Zabójca Bogów? - Czerwonooki roześmiał się. - Czy mi się wydaje, czy mój Edge tutaj wkopał ci już jakiś czas temu?
  - Nie używam już tego przydomku - stwierdził ponuro Cathan. - I tak, owszem, pokonał mnie i wyzywałbym w tym momencie jego, gdyby nie fakt, że wydajesz się potężniejszy.
  - A jak niby zamierzasz ze mną walczyć, skoro nawet z nim przegrałeś? - Nasz przywódca utkwił w swym rozmówcy wzrok, ale błękitnookiego to wcale nie ruszyło, czym mocno mi zaimponował.
  - To było dawno temu - powiedział z grymasem, który był czymś pomiędzy uśmiechem, a wrogim ukazaniem zębów.
  Generalnie, Cathan miał tego dnia szczęście, bo trafił akurat na dobry humor Razora. Gdyby trafił na kiepski, czy chociaż typowy, zapewne nie dożyłby okazji wypowiedzenia choćby drugiego zdania. Jednakże, tego dnia nasz czerwonooki przywódca był w świetnym nastroju, więc na to ostatnie stwierdzenie tylko się uśmiechnął. Pewnie by nawet coś odpowiedział, gdyby nie fakt, iż właśnie wtedy Edge niespodziewanie wystartował z kopyta, lądując dwa kroki przed Cathanem.
  - Wynoś się stąd! - warknął na niego.
  Nawet jeśli ex-króla to zaskoczyło, nie dał tego po sobie poznać.
  - Zejdź mi z drogi - odparł wrogo.
  - Nie rozumiesz mnie, kretynie!? Wypierdalaj!!
  Tu mnie trochę wcięło, bo znając Edge'a już jakiś czas przywykłem, iż klął naprawdę bardzo rzadko. Nie bardzo rozumiałem całą tą sytuację, ale wyglądało na to, że chodzi o coś poważnego.
  - Powiedziałem... - błękitnooki zacisnął pięść i zasadził olbrzymiemu wojownikowi potężną fangę prosto w twarz, tak że ten odpadł o dobre dwa metry do tyłu i łupnął o ziemię - zejdź mi z drogi! Dość już czekałem! Razor, stawaj do walki!
  Razor nie stanął do walki, zamiast tego wyprostował rękę, kierując dłoń w stronę Cathana. Po sekundzie jakiś centymetr przed jej powierzchnią skoncentrował się żółty, idealnie okrągły ki-blast. Od tamtej chwili minęło ponad piętnaście lat, ale jest to jedno ze wspomnień, które zapadają w pamięć raz na zawsze, nadal mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie był to jakiś tam sobie zwykły ki-blast. Dosłownie płonął energią i to tak intensywnie, iż nie tylko momentalnie się spociłem i dostałem gęsiej skórki, ale nawet ogarnęły mnie mdłości... Stałem wtedy bardzo blisko naszego przywódcy, dość blisko, by widzieć, jak po powierzchni pocisku przebiegają niewielkie zmarszczki, jak faluje ona i marszczy się pod wpływem ogromnej energii zawartej wewnątrz. To musiał być D-Structor, pół-legendarna technika Razora, której używał niezwykle rzadko. Zapamiętałem to bardzo dobrze, mimo iż widziałem to może przez pół sekundy, bo tyle właśnie minęło od chwili powstania tego pocisku do jego wystrzelenia.
  Nie wiedziałem czy Cathan nie czuł dziwnej energii bijącej z ataku Razora, czy też po prostu postanowił to zignorować, jednak nie ruszył się z miejsca, postanawiając chyba blokować atak. Szkoda, że do tego nie doszło, bo to by go pewnie raz na zawsze wyleczyło z takiego typu zagrywek...
  Wracając jednak do tematu, kiedy pocisk był już o jakiś metr od osiągnięcia celu, Cathan został gwałtownie odepchnięty i poleciał o dobre dwadzieścia metrów w swoją prawą. Tym, który go uratował był, jakżeby inaczej, Edge. (Rzucę tu nieco złośliwą dygresję, sądzę, że z racji wieku mam do tego prawo - jak ktoś zasadza mi z całej siły fangę w twarz, to raczej mu oddaję kopem między nogi niż ratuję życie, nie?) Ten manewr sprawił, że sam znalazł się na torze lotu złotego ki-blasta, nie widząc więc innego wyjścia, odbił go z bekhendu, otwartą dłonią. To znaczy, przynajmniej zamierzał odbić, bo przy pierwszym kontakcie z jego skórą ki-blast pokrył się wyładowaniami elektrycznymi, a sekundę potem wokół niego i Edge'a powstała pięciometrowej średnicy kula energetyczna, zamykając olbrzyma w środku. Wtedy pocisk eksplodował potężnie, wypełniając wnętrze sfery płynnym ogniem. Jak sądzę, moc ataku została zwielokrotniona na zasadzie echa, po tym jak fala uderzeniowa odbiła się kilka razy od ścian kuli... Do tej pory nie wiem jakim cudem Edge to przeżył. Wtedy byłem po prostu całkowicie pewien, że nie wyjdzie stamtąd żywy, a jednak... kiedy kula zniknęła na ziemię opadły nie jego zwęglone szczątki, lecz całe wielkie, niebieskie, trochę zaledwie osmalone cielsko.
  Cathan poderwał się pierwszy, podszedł do leżącego olbrzyma i w podzięce... kopnął go w żebra. Ten stęknął, co upewniło nas wszystkich, iż jednak żyje.
  - Nie chcę twojej pomocy! - syknął błękitnooki.
  Edge uniósł się na przedramionach i potrząsnął głową.
  - Kretynie... gdyby nie ja, już byś nie żył!
  - Bez kitu? - zironizował Cathan. - Zrobiłbym unik. Ten pocisk był powol... - Urwał nagle, bo jego twarz zderzyła się z nadlatującym łokciem Razora. Zrobił podwójne salto w tył i wyhamował w powietrzu, impulsem energetycznym, jednak wbrew jego oczekiwaniom czerwonooki wcale nie rzucił się na niego, zamiast tego podniósł on Edge'a, chwytem za szyję.
  - Chyba się na chwilę zapomniałeś chłopcze... - zaczął, ale szybko go puścił i odskoczył, bo Cathan nie zamierzał dawać mu wytchnienia i po zwiększeniu pułapu o jakieś dwadzieścia metrów, zaczynał właśnie serię Renzoku Energy Dan. Edge w ostatniej chwili na wpół odtoczył, na wpół odczołgał się z linii ognia, zresztą atak został szybko przerwany. - Wy tam! - Machnął na nas. - Zająć się nim! - Wskazał błękitnookiego ex-króla.
  Nie muszę chyba wyjaśniać, że byłem wtedy tak daleki od wypełnienia tego polecenia jak to tylko możliwe, prawda? Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o całej reszcie - Foil skinął głową w milczeniu i ruszył z kopyta.
  Wiedząc, iż Edge samotnie przeciw Razorowi nic nie zdziała, niewiele myśląc pognałem za nim. Był niestety szybszy, więc użyłem Shunkanido by go wyprzedzić i wykorzystałem element zaskoczenia, który mi to zapewniło, celnie trafiając go po żebrach. Cóż z tego, skoro poczułem jakbym uderzał metalową stalową klatkę? Foil zaś szybko otrząsnął się z pierwszego szoku i odwinął mi tak silnie z lewej, że aż mnie zamroczyło. Osiągnąłem co chciałem - teraz mnie uznał za swego przeciwnika, więc walczący z Razorem mogli utrzymać przewagę liczebną, przynajmniej chwilowo. Byłbym pewnie szybko przegrał ten pojedynek, bo mierzyć się z nim nie mogłem... no, może na krótka metę... ale i mnie szczęście sprzyjało w tym momencie. Foil oberwał kolejnym atakiem z zaskoczenia - tym razem była to seria ki-blastów w wykonaniu Dabre. Nie zraniło go to może jakoś poważnie... czy w ogóle, dało mi jednak chwilę czasu na koncentrację energii i atak firmową techniką - Shiroikaną. Wykrzyczałem jej nazwę, posyłając w kościstego wojownika najpotężniejszy strumień ki jaki byłem wtedy w stanie jeszcze z siebie wyrzucić, a było to sporo więcej niż potrafię teraz, choć już nie to, co prezentowałem w sile wieku i formy. Cóż, to już nie te lata. Tak czy inaczej, mój atak okazał się skuteczny "o tyle o ile". Owszem, przysmażyłem go nieźle, aż poczułem swąd spalenizny, ale ostateczny rezultat był taki, że nawet go to nie spowolniło, o czym miałem nieprzyjemną okazję się przekonać gdy zasadził mi kolanem prosto w brzuch, wbijając dość głęboko jeden ze stalowych kolców, które wystawały z jego łokci, barków, czy kolan właśnie. Poczułem ostry ból i krew ściekającą mi po nodze i poczułem, że nadchodzi mój koniec. Przed oczami miałem na wpół opaloną ze skóry, pokrytą krwawą masą kościano-metalową czaszkę Foila. Dodatkowo skurwysyn uśmiechał się, wyraźnie czerpiąc przyjemność z tego, że za chwilę miał wyrwać mi flaki i zapewne zatańczyć na nich. Do dziś śni mi się to w koszmarach...
  Kolejna interwencja Dabre opóźniła mój moment zejścia, pierwszy pocisk dziewczynki (hmm, może powinienem używać określenia "dziewczyna", w końcu miała już jedenaście lat) trafił go w głowę, odrzucając ją o kilka centymetrów. Wykorzystałem to, by w miarę bezboleśnie wyrwać się ze szpikulca, który miałem we bebechach. Nie do końca się udało - wcale nie było bezbolesne... a mówiąc szczerze było potwornie bolesne. Nie takie rany jednak przeżywałem. Wrzeszcząc z bólu i wściekłości skoncentrowałem tyle ki ile tylko mogłem, wspomagając to techniką, której nauczyłem się z zaświatach (zwała się Kaioken, ale wtedy użyłem wersji ulepszonej przeze mnie i nazwanej, także przeze mnie, Hyper-Daoken) i posłałem w drania silną, acz niezbyt czystą technicznie falę energii. Daoken jest wyczerpujące, a nawet niebezpieczne dla zdrowia, więc wtedy, dodatkowo osłabiony, straciłem na chwilę przytomność, odzyskując ją kiedy boleśnie uderzyłem plecami o ziemię. Wyszukałem wzrokiem Foila i zauważyłem, że stawiał, z pewnym trudem, czoła zaciekle atakującej Dabre. Szło jej nieźle, ale nadrabianie zapałem braków w technice, doświadczeniu czy - powiedzmy otwarcie - poziomie mocy mogło dać jej przewagę tylko na krótko. Tak też było. Już po kilku chwilach oberwała ciosem w twarz, drugim w korpus i jeszcze jednym w kark, co zupełnie wystarczyło, by poleciała niekontrolowanie w stronę gruntu i wbiła się w niego, czego jednak już nie widziałem.
  Można by pomyśleć, że leżałem sobie, nawet nie próbując się podnieść... Tak nie było. Próbowałem i to jak... niestety osłabienie wywołane Daoken (byłem wtedy zawiedziony samym sobą, w końcu użyłem tej techniki bardzo krótko), upływ krwi czy zwyczajna strata energii okazały się zbyt trudne do przezwyciężenia, przynajmniej chwilowo. Jednakże, zgodnie z zasadą "więcej szczęścia niż rozumu" otrzymałem kolejnego niespodziewanego sprzymierzeńca. Szykującego się już na mnie Foila zaatakował nikt inny jak Sashi-Zoe. I to jak zaatakował, ho, ho... Widywałem go już wcześniej w akcji, ale i tak zrobiło to na mnie wrażenie. Niezwykle płynny, wręcz taneczny lot z bardzo szybkim i ostrym zwrotem tuż przed przeciwnikiem i doskonale wymierzony kopniak z półobrotu. Może przesadzam z tymi zachwytami, ale uwielbiam obserwować jak ten chłopak walczy, można by na jego pojedynki sprzedawać bilety... Tak czy inaczej, kopnięcie było perfekcyjne, obliczone na uderzenie w punkt krytyczny i zgruchotanie odpowiednich kręgów. Spełniło swoje zadanie w stu procentach - Foil poniósł śmierć na miejscu. Nie ukrywam, że obserwowałem jego finalny lot ku ziemi ze sporą dozą satysfakcji.
  Sashi tymczasem wylądował w pobliżu i pochylił się nade mną. Zmarszczył lekko brwi, widząc krew cieknącą z dziury w moim brzuchu.
  - Dobra robota, chłopcze - pochwaliłem jego walkę. - Zapowiadasz się na świetnego wojownika... - wtedy jeszcze nie wiedziałem o tym, iż nie dorasta i prawdopodobnie nie jest tak młody jak na to wygląda. - Wszystko przed tobą... Dla mnie to już chyba koniec.
  Uciszył mnie gestem i zdecydowanym ruchem rozerwał mi ubranie, by widzieć ranę. Ponownie poruszył brwiami, jednocześnie przesuwając dłonią nad moim brzuchem. Poczułem przyjemne ciepło i ku mojemu wielkiemu zdumieniu, rana zaczęła się zabliźniać. To wyglądało zupełnie jakbym oglądał naturalny proces zdrowienia, ale przyspieszony mniej więcej stukrotnie. Już po kilkunastu sekundach po obrażeniach pozostało tylko wspomnienie... oraz krew, która zdążyła w tym czasie wypłynąć.
  - J... jak? - zapytałem, ale on się na to tylko uśmiechnął, pomagając mi wstać. Okazało się, że sam na nogach się nie utrzymam, obite przy upadku plecy odezwały się tępym bólem. Podpierając się na Sashu, zrobiłem kilka kroków w stronę walczącej z Razorem dwójki.
  Nie szło im, niestety, najlepiej. Mimo przewagi liczebnej nie byli w stanie dorównać jego mocy. Cathan właściwie już został wyeliminowany - na wpół klęczał, na wpół kucał, zaś pod nim tworzyła się coraz większa plama krwi wypływającej z rozciętego boku i rozbitej głowy. Kilkanaście metrów dalej Edge próbował stawiać opór atakom naszego przywódcy. Sprowadzało się do to tego, iż starał się utrzymać na nogach mimo coraz większej ilości przyjętych ciosów. Przychodziło mu to
  już z niemałym trudem i po kolejnym podcięciu ze strony Razora ciężko uderzył o ziemię. Czerwonooki postawił mu nogę na twarzy, otarł pot z czoła (należy zaznaczyć, że i on nie wyszedł z walki bez szwanku, miał na sobie ślady oparzeń i ciosów, wyglądał też na nieco zmęczonego) i mruknął przez zęby:
  - Uważałem cię za nieco rozsądniejszego, Edge. I na co ci to było? Co chciałeś zyskać zwracając się przeciwko mnie? - Olbrzym nie odpowiedział, być może dlatego, iż gnieciony stopą nie mógł nawet otworzyć ust. - Udowodniłem ci lata temu, że nie jesteś w stanie się ze mną mierzyć. - Zachwiał się w tym momencie, trafiony w plecy ki-blastem Cathana, zbyt słabym jednak by uczynić naszemu przywódcy krzywdę. Razor obrócił się w stronę błękitnookiego. - A mogłeś zaczekać na swoją kolej. - Strzelił własnym pociskiem, Cathan zrobił unik, ale eksplozja nastąpiła zaledwie kilka metrów od niego, rzucając błękitnookim o ziemię. Chwilę dekoncentracji przeciwnika wykorzystał Edge, łapiąc oburącz za kostkę ugniatającej go nogi i przekręcając z całej siły. Podziałało, Razor syknął z bólu i stracił równowagę. Olbrzym odtoczył się i wstał, stając w pozycji oznaczającej gotowość do dalszej walki. Czarnowłosy, kulejąc lekko, odzyskał stabilność i uśmiechnął się.
  - Stale mnie zadziwiasz - przyznał. - Zabicie cię da mi sporą satysfakcję. Już samo to, że przeżyłeś D-Structor'a stawia cię w ścisłej czołówce wojowników we wszechświecie. Nie miałem takiej frajdy od bardzo dawna. Naprawdę szkoda, że twój towarzysz nie wytrzymał i zaatakował już teraz. Gdyby dotrwał do końca planu moglibyście stanowić jakieś zagrożenie.
  Edge zbladł lekko na te słowa.
  - Wiedziałeś? Ale... jak? Skąd?
  - Potrafię wyczuwać ki równie dobrze co ty, jeśli nie lepiej. Sądzisz, że nie zauważyłbym czegoś takiego skoro działo się to tuż pod moim nosem?
  Nie miałem bladego pojęcia o czym mówią, ale zacząłem się powoli domyślać. Najwidoczniej Edge i Cathan dogadali się i postanowili wspólnie wyeliminować Razora kiedy staną się wystarczająco silni. Cathan, zapewne czując się dostatecznie mocny, zaatakował już teraz. Zakląłem w myślach, a może nawet na głos, już nie pamiętam. Wychodziło z tego, że zaraz wszyscy pożegnamy się z życiem.
  Edge'a nieco zdeprymowała ta wiadomość, ale chyba tylko chwilowo, bo zaraz napiął swe potężne mięśnie i ugiął nogi, najwyraźniej postanawiając jednak spróbować walki. Razor, widząc to, przestał się uśmiechać, ugiął prawą rękę w łokciu, palec wskazujący kierując na niebieskiego olbrzyma.
  Nie widziałem strzałów... prawdę powiedziawszy, ledwo co widziałem same błyski im towarzyszące, a to dość dużo mówi o ich szybkości, bo uważam się za znacznego eksperta w dostrzeganiu nawet bardzo szybkich akcji. Przypuszczam, iż nasz przywódca posłał w Edge'a kilka, może kilkanaście niewielkich ładunków energii, co można było porównać do strzelania gumowymi kulami na światach pozbawionych ki-wojowników. Olbrzym jęknął, zachwiał się i odruchowo zasłonił rękami.
  - Boli, prawda? To dopiero początek... Będę ci długo i boleśnie uświadamiał jak bardzo pomyliłeś się sądząc, że jesteś w stanie stawić mi czoła. Będziesz mnie błagał o śmierć, gigancie...
  - Chrzań się... - wystękał Edge, wyraźnie mając problemy z oddychaniem - chrzań się, Razor. Żal mi ciebie... Tak - pokiwał głową, patrząc przeciwnikowi prosto w oczy i pierwszy raz chyba wytrzymując jego spojrzenie - jesteś żałosny. Zachłysnąłeś się własną mocą, zamknąłeś w niej jak w klatce. Ciągniesz nas przez kosmos, by mieć publiczność dla swojego dzieła zniszczenia. Zmuszasz nas do brania w tym udziału, bo chcesz poczuć, że nie jesteś jedynym do tego zdolnym. Łatwo cię rozszyfrować, sam nie wiesz jak bardzo. Owszem, z pewnością poznęcasz się nade mną i jestem pewien, że sprawi ci to przyjemność, ale mnie nie zabijesz... po prostu nie jesteś w sta... - Razor przerwał mu brutalnie, przeszywając udo cienkim promieniem ki. Chlusnęła krew, Edge złapał się za nogę, ledwo utrzymując się w pionowej pozycji.
  - Zamknij się!!! - ryknął czerwonooki. Po raz pierwszy widziałem go wyprowadzonego z równowagi i bardzo się cieszę, że także po raz ostatni. - Zawrzyj mordę!! - Nie wiadomo kiedy znalazł się tuż przy Edge'u i uderzył go prawym sierpowym. Olbrzym upadł. - Nie wiesz jak to jest!! Nic nie wiesz!! - Kopał zaciekle i potężnie, Edge próbował się zasłaniać, ale bez efektów, obrywał za każdym razem. Naprawdę chciałem wtedy w jakiś sposób zareagować, zrobić cokolwiek... ale zdawałem sobie sprawę ze swojej bezsilności. Wiedziałem, że nawet silniejszy ode mnie Sashi-Zoe nie jest w stanie nic zdziałać, a co dopiero ja... Cathan był nieprzytomny i nie zanosiło się by tę przytomność w najbliższym czasie miał odzyskać.
  Ratunek dla Edge'a przyszedł z jeszcze innej strony - od Dabre. Przypomniała o sobie, zadziwiająco głośnym, wysokim krzykiem. Razor przerwał katowanie olbrzymiego wojownika i spojrzał na nią, podobnie jak my wszyscy.
  - Zostaw go! - krzyknęła, zaciskając pięści z wściekłością. - Zostaw go w spokoju, bo...
  - Bo co!? Bo ty mnie powstrzymasz!? A to dobre! - Roześmiał się nieco sztucznie.
  - Zabiję cię! - wrzasnęła cienko. - Zabiję cię!! ZAAAABIIIIIJĘĘĘĘ!!!
  Ki Dabre gwałtownie podskoczyła, aż mnie wcięło, ale tylko na chwilę, bo tego dnia przywykłem już do zaskoczeń. Widząc jak Edge, mimo ran i bólu jakie mu sprawiały, podrywa się i rzuca do ucieczki, niewiele myśląc przyłożyłem dwa palce do czoła i za pomocą Shunkanido przeniosłem siebie i Sashi-Zoe o pół układu gwiezdnego dalej. W samą porę, muszę dodać.
  Mimo odległości wyraźnie odczuliśmy niezwykłą siłę eksplozji jej ki, bo właśnie to musiało tam nastąpić. Edge opowiadał mi, że Dabre mając problemy z panowaniem nad mocą czasami uwalniała ją gwałtownie i jestem pewien, że tak było w tym przypadku. Potężna emanacja energii trwała zaledwie kilka sekund, po których wszystko wróciło do względnej normy. Upewniając się, że ki dziewczyny opadła do niskiego poziomu teleportowałem nas z powrotem.
  Na miejscu zastaliśmy prawdziwe pobojowisko. Fakt, że trawa, jeszcze niedawno zielona, była teraz szaro-czarna i kruszyła się pod stopami to nieważny szczegół przy tym, co działo się z walczącymi. Dabre, płacząc i oddychając ciężko, klęczała pośrodku sporego krateru, który sama pewnie stworzyła. Pokrwawiony i słaniający się na nogach Edge stał obok nieprzytomnego Cathana, otoczeni byli półprzezroczystą, zielonkawą osłoną, która zresztą tuż po naszym przybyciu zamigotała i zniknęła. Razor natomiast, stał w kompletnym bezruchu, w takiej pozycji jakby przedramionami próbował osłonić oczy przed jasnym błyskiem światła. Cały dymił, z jego płaszcza pozostały strzępy, a i czarny strój był nadpalony w wielu miejscach. Nie wydzielał żadnej ki.
  - Cholera... - zakląłem. - Usmażyła go! - wykrzyknąłem radośnie. - Naprawdę jej się udało! Mała! Nie wiem jak to zrobiłaś, ale dokonałaś tego! Kocham cię, malutka!
  Podbiegłbym do niej, gdyby nie fakt, iż ledwo mogłem chodzić. Czułem się autentycznie cudownie, jak nowo narodzony. Zupełnie jakbym przed chwilą wzorowo zdał najważniejszy w życiu egzamin albo dowiedział się, iż anulowano moja karę śmierci.
  Musiałem więc mieć naprawdę głupią minę kiedy Razor się poruszył... Początkowo tylko drgnął, ale po sekundzie opuścił ręce i otworzył oczy. Lewe wyglądało zupełnie jakby ktoś potraktował je palnikiem acetylenowym, zresztą cała jego skóra sprawiała wrażenie jak gdyby spędził jakiś czas w gotującej się wodzie. Wciągnął powietrze, wyraźnie było widać, że sprawiło mu to ból.
  - Mała zdzira - powiedział niewyraźnie. - Zapłacisz mi za to.
  Poczułem jak jego ki znów rośnie i nie byłem wtedy pewien czy to ja oszalałem, czy też tak szaleńcza była moc jaką dysponował. Pomimo tych wszystkich obrażeń, pomimo iż wyglądał jakby miał za chwilę sam umrzeć, nadal wydzielał energię większą niż jeszcze kilka lat wcześniej mógłbym sobie wyobrazić. Zaciskając zęby uniósł w górę obie ręce, złączył je jak do modlitwy i gwałtownie machnął pionowo, posyłając w stronę niemal nieruchomej Dabre cienką, pionową falę ki. Ostrze przeorało teren pomiędzy nimi, pokonując dystans w zaledwie dwie sekundy. Dziewczyna nie miała szans, zresztą nawet nie drgnęła. Atak trafił ją dokładnie w środek korpusu, przecinając wzdłuż, na dwie niemal równe części. Krew chlusnęła, zalewając ziemię wokoło.
  Edge spojrzał na tę scenę z niedowierzaniem, zamrugał nerwowo, jakby to miało zmienić obraz sytuacji, po czym skierował swój nieco nieprzytomny wzrok na Razora i poruszył ustami, nie wydając jednak żadnego dźwięku.
  Czerwonooki tymczasem próbował uspokoić oddech. Krzywiąc się z bólu zrobił kilka kroków i wydał z siebie dźwięki, które bardziej przypominały kaszel gruźlika niż śmiech, a jednak były zdecydowanie tym drugim.
  - Nie musiałeś tego robić - powiedział Edge, tym razem dość głośno byśmy go usłyszeli. - Ona ci już nie zagrażała! Nie musiałeś tego robić! - powtórzył jeszcze donośniej.
  Razor uśmiechnął się, co w jego stanie wyglądało dość makabrycznie, potarł dłonią okolice lewego oko, zdzierając nieco odparzonego naskórka.
  - Teraz już na pewno mi nie zagraża - stwierdził.
  - NIE MUSIAŁEŚ KURWA TEGO ROBIĆ!!! - wydarł się na całe gardło olbrzym, a jego ki, jeszcze przed sekundą niemal całkowicie zużyta, eksplodowała na nowo. Wystartował, pokonując dzielący go od Razora dystans w ułamku sekundy i uderzył prawym prostym. Czerwonooki zdołał w porę zablokować cios przedramieniem lewej ręki, ale sprawiło mu to chyba dość ostry ból, bo aż się skrzywił i nie udało mu się uchronić przed drugim uderzeniem, wymierzonym w żebra hakiem z lewej. Ten cios podrzucił go o pół metra w górę, ale tylko na chwilę, bo Edge staranował go prawym bokiem, posyłając o dobre dziesięć metrów w tył. Razor uderzył o ziemię, przetoczył dwa razy i z wysiłkiem poderwał na nogi, strzelając w olbrzyma serią ki-blastów z obu rak. Edge oberwał trzema, reszty unikając rzutem ciała w prawą stronę. Przekoziołkował raz, podniósł się ciężko i posłał z obu dłoni w kierunku przeciwnika dość silny pocisk, który Razor ustrzelił własnym ki-blastem. Następnie czerwonooki ponownie złożył dłonie w charakterystyczny sposób i machnął w olbrzyma skośnym energetycznym ostrzem. Edge zanurkował pod nim, odbijając się silnie z prawej nogi i znów ruszając do szarży. Razor odczekał do odpowiedniego momentu i sam wyskoczył do wykopu, trafiając prawa stopą centralnie w twarz przeciwnika. Obaj wylądowali na ziemi, z tym, że tylko czarnowłosy na nogach. Jego przeciwnik poderwał się co prawda w miarę sprawnie, nie dość szybko jednak by uniknąć ciosu na odlew w głowę. Tym razem udało mu się wytrzymać impet i skontrował prawym prostym w twarz, po którym jego przeciwnik poleciał bezwładnie do tyłu, ale nie dotknął nawet ziemi, bo Edge dopadł do niego i potężnym kopniakiem posłał pionowo w górę. Razorowi udało się wyhamować po jakichś stu metrach, jednak olbrzym wyprzedzał go o krok. Będąc tuż nad nim uderzył potężnie złączonymi dłońmi. Czerwonooki co prawda zablokował, ale i tak wstrząsnęło to nim. Skontrował po sekundzie, przeszywając nogą widmo. Edge znalazł się tuż za nim i powtórką ciosu sprzed chwili trafił go w prawy bark, posyłając z ogromną prędkością w ziemię, w którą wbił się gwałtownie. To jednak nie był koniec ataku, olbrzym stworzył jeszcze w dłoniach iskrzący wyładowaniami elektrycznymi ki-blast i rzucił nim w świeżo wybitą w podłożu dziurę. Pocisk eksplodował dwoma etapami, najpierw dało się wyczuć wstrząs gruntu, będący zapewne efektem podziemnego wybuchu, a zaraz potem okolica w promieniu stu metrów zniknęła w malowniczej wściekle pomarańczowej kuli ognia. Szczęśliwie ja i Sashi-Zoe znajdowaliśmy się nieco dalej, ale na przykład nieprzytomnego Cathana odrzuciło to dość daleko.
  W miejscu przymusowego lądowania Razora widniał teraz ogromny krater. Zupełnie nieprawdopodobne było by ktokolwiek mógł coś takiego przeżyć... choć oczywiście zrobilibyśmy mądrzej nie zakładając tego z góry, zwłaszcza że znaliśmy możliwości naszego przywódcy. Edge opadł ciężko na ziemię, pot lał się z niego jak woda z wyciskanej gąbki. Sashi uniósł się w górę i po trzech sekundach byliśmy obok niego.
  - Załatwiłeś go - powiedziałem bez wyrazu. - Już nie czułem takiej euforii jak wcześniej. Może i Razor był martwy, ale Dabre zapłaciła za to życiem, więc niespecjalnie było się z czego cieszyć. Mimo to uznałem, że powinienem coś dodać. - Zrobiłeś to, co powinieneś był zrobić... - zacząłem. - Wiem, że ona nie powinna była zginąć, ale to nie była twoja wina...
  Nic nie odpowiedział, nawet na mnie nie spojrzał, tylko dyszał ciężko, podpierając się na przedramionach. Było widać, że jest śmiertelnie wykończony i to nie tylko fizycznie. Wiedziałem, że nic co powiem nie przyniesie mu ulgi, po prostu nie było słów, które mogłyby pomóc.
  Ani nawet czasu, żeby je wypowiedzieć...
  Niespodziewanie dla wszystkich grunt pod naszymi stopami eksplodował, wyrzucając w powietrze skalne odłamki i grudy ziemi. Sashi-Zoe i ja zostaliśmy odrzuceni i minęło dobre kilka sekund zanim udało mi się poderwać i zobaczyć co się dzieje.
  Jakimś cudem Razor żył. Żył, chociaż nie miał prawa żyć. Żył, mimo iż wyglądał jak trup. Pokrwawiony, poraniony, z potwornymi obrażeniami, obdarty w wielu miejscach do samej kości wrak wojownika dopadł do Edge'a i zacisnął mu dłonie na barkach tak silnie, że aż zatrzeszczało.
  - Nie zabijesz mnie - wycharczał ze świstem. - Nie zabijesz mnie... nie zabijesz... - Zaśmiał się opętańczo, zaś wokół jego sylwetki formowała się szara aura... nie, nie aura. Wyglądało to jakby coś, jakaś mgła czy cień opuszczało jego ciało formując półprzezroczystą, niewyraźną postać. - Nie zabijesz mnie!!! - Zawył opętańczo. - Jestem wieczny!!! WIECZNY!!! - Szara masa zgromadzona wokół Razora nagle, zupełnie jakby poruszył ją gwałtowny podmuch wiatru, ruszyła w stronę jego olbrzymiego przeciwnika, otaczając go całkowicie i przez liczne rany, a także przez usta czy nos, gwałtownie zaczęła wnikać do jego wnętrza. Edge krzyknął przeraźliwie i szarpnął całym ciałem, bezskutecznie próbując wyrwać się z uścisku. - Nie ma ucieczki!!
  Olbrzym ryknął wściekle i po raz kolejny poczułem gwałtowny wzrost jego, wydawałoby się wyczerpanej, energii. Zacisnął prawą pięść, wokół której pojawiła się niewyraźna jaśniejsza poświata.
  - Edgecrusher!! - krzyknął, uderzając z całej siły po żebrach Razora i praktycznie wbijając je do wnętrza jego ciała. Impet pchnął czarnowłosego wojownika o jakieś dwadzieścia metrów przed jego ponownym, ostatnim już uderzeniem o ziemię. Razor drgnął jeszcze i ostatecznie wyzionął ducha, zaś jego przeciwnik... po prostu upadł, straciwszy przytomność.

IVC: Z deszczu pod rynnę

  Chciałbym móc powiedzieć, iż śmierć Razora oznaczała dla nas koniec kłopotów... niestety, stwierdzając coś takiego znacznie minąłbym się z prawdą. Wtedy jednak tego nie wiedziałem, a moja niewiedza pozwalała mi odczuwać przyjemną ulgę. Moje zadowolenie jednak szybko przerodziło się w niepokój... A złożyło się na to kilka różnych okoliczności. Przede wszystkim chodziło o Dabre. Jej zwłoki stanowiły dość makabryczny widok. Energetyczne ostrze Razora przecięło ją wzdłuż, na dwie prawie równe połowy. Widziałem wcześniej w życiu wiele trupów, w tym całkiem sporo takich, po ujrzeniu których normalnie się wymiotuje... truchło Dabre biło jednak wszystko. Nie udało mi się zmusić do dotknięcia jej, choć chciałem przygotować zwłoki do jakiegoś, choćby symbolicznego pogrzebu.
  Nieco lepiej, ale tylko nieco, było z trupami Razora i Foila. Wykopaliśmy im z Sashi-Zoe dwa ładne dołki i zakopaliśmy. I jedno tylko nie dawało mi spokoju - fakt, iż Razor po śmierci zupełnie przestał siebie przypominać. Miałem nieodparte wrażenie że rysy jego twarzy złagodniały, a sylwetka straciła nieco masy. Było to tak wyraźne, że widoczne mimo obrażeń. Nie musiałem się natomiast opierać na samym wrażeniu jeśli chodziło, na przykład, o zęby - były niemal takie jak moje, zupełnie normalne, bez wydłużonych i zakrzywionych kłów mięsożercy.
  Ten ostatni fakt sprawił, iż co chwila kątem oka zerkałem na nieprzytomnego Edge'a, z niepokojem oczekując momentu jego przebudzenia. On jednak się nie budził, wręcz przeciwnie - wyraźnie gorączkował, choć nie było powodu, gdyż Sashi zaleczył jego rany swoimi zdolnościami.
  Przytomność odzyskał natomiast Cathan... i być może był to jak na ten czas mój największy problem. Jeszcze kilka godzin wcześniej, gdy wyzywał Razora na pojedynek podziwiałem jego odwagę. Wystarczyło jednak zamienić z nim kilka słów, bym poczuł do niego antypatię, która przerodziła się później w nienawiść. Czasami się zastanawiam czy on nie wie jakie uczucia wzbudza w nas wszystkich, czy też najzwyczajniej w świecie mu to zwisa. Obstawiam raczej to drugie...
  - Dobrze cię poznać, jestem Dao - powiedziałem, wyciągając rękę, gdy tylko otworzył oczy i wstał.
  Spojrzał na moją dłoń, a później na mnie... tak przynajmniej sądzę, bo jego jednolicie błękitne oczy nie ułatwiają określania miejsca na które patrzy. Gdyby nie fakt, iż wcześniej znałem Razora z całą pewnością stwierdziłbym, iż Cathan ma najmniej przyjemne spojrzenie we wszechświecie.
  - Gdzie Razor? - zapytał, zauważywszy nieprzytomnego Edge'a.
  - Nie żyje, pochowaliśmy go - odparłem, opuszczając dłoń. - Chciałem ci podziękować. Po części dzięki tobie udało się go zabić...
  Zignorował mnie, podszedł do leżącego niebieskiego olbrzyma, po czym obrócił głowę w stronę siedzącego opodal na kamieniu Sashi-Zoe.
  - Edge go wykończył? - zapytał.
  - Słuchaj - zdenerwowałem się - nie lubię być olewany. Jeśli oczekujesz odpowiedzi na pytania, powinieneś także sam ich trochę udzielić.
  Spojrzał na mnie (tego akurat jestem pewien) i uśmiechnął się lekko.
  - Proszę o wybaczenie - zaczął. - Nie chciałem być niegrzeczny, panie... Jak pan mówił, że się nazywał?
  - Dao - odpowiedziałem naiwnie - ale nie musisz być taki oficja... - Dokończenie zdania uniemożliwiła mi dłoń Cathana ściskająca mnie za gardło. Był, cholera, szybki, nawet nie zauważyłem kiedy do mnie dopadł. Wykorzystując przewagę wzrostu uniósł mnie za szyję i wycedził mi prosto w twarz słowa, których nie zapomnę chyba nigdy:
  - Niech mnie pan, panie Dao, wyraźnie posłucha i zapamięta to, co powiem. Nie chcę z panem rozmawiać. Nigdy i o niczym. Żyje pan tylko dlatego, iż, jak sądzę, jest pan sojusznikiem Edge'a i on uważa pana, z jakichś zupełnie nieznanych mi i niezrozumiałych dla mnie powodów, za użytecznego. To jednakże nie powstrzyma mnie od zakończenia pańskiego marnego żywota jeśli da mi pan do tego jakiś powód. Taki jak, na przykład, odmowa odpowiedzi na moje pytanie czy zmuszenie mnie do powtarzania się w jakiejkolwiek - położył nacisk na ostatnie słowo - kwestii. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno?
  Skinąłem głową, więc puścił mnie, co oczywiście zaowocowało moim upadkiem na ziemię. Zwisało mi to jednak, bo całą uwagę skupiałem na próbie dostarczenia płucom choćby odrobiny powietrza. Sashi-Zoe błyskawicznie znalazł się przy mnie, pomagając mi wstać.
  - Tym razem wyjątkowo powtórzę: czy Edge zabił Razora?
  - Tak - charknąłem. Cathan mruknął w nieokreślony sposób i zwrócił się do Sasha:
  - W celu uniknięcia ewentualnych nieporozumień, zapytam: czy pan także zrozumiał to co starałem się przekazać panu starszemu koledze? - Sashi oczywiście milczał. - Odpowiedz, gówniarzu!
  - Nie może odpowiedzieć... - wyjaśniłem, pokasłując. - On nie mówi.
  - To jakiś idiota?
  - Nie, tylko nie mówi. Z myśleniem nie ma problemów.
  Wyraz twarzy Cathana sugerował, że on i tak ma na ten temat własne zdanie, ale nie uważałem by to był dobry moment na kłótnie. Nie wydaje mi się zresztą, bym kiedyś określił jakiś moment jako dobry na kłótnię z nim. Przeszedł ze dwa razy tam i z powrotem, rzucił okiem na trupa Dabre i wywarczał pytanie o to ile czasu był nieprzytomny i kto go wyleczył. Odpowiedziałem, ale to go nie uspokoiło. Wyraźnie nie mógł sobie znaleźć miejsca. Wreszcie stracił cierpliwość, podszedł do Edge'a i potrząsnął nim, chcąc zapewne w ten sposób ocucić. Chciałem zaprotestować, ale nie starczyło mi odwagi, zresztą kiedy jego wysiłki nie przynosiły efektu szybko dał sobie spokój.
  Trwaliśmy w milczeniu, generalnie panowała dość nieprzyjemna atmosfera, przynajmniej dla mnie. Nie jestem typem samotnika i niemożność pogadania z kimś, z kimkolwiek, fatalnie wpływa na moje samopoczucie. Wtedy żałowałem śmierci Foila, którego może nie tyle polubiłem co raczej przyzwyczaiłem się do tego, iż mogłem z nim zawsze zamienić kilka słów. Nie wiem ile to milczenie trwało, zapewne kilka godzin, choć dla mnie to było jak kilka dni. Wreszcie coś drgnęło, a ściślej - drgnął Edge. Najpierw było to właśnie tylko drgnięcie, ale zaraz potem zaczął się dosłownie miotać na prowizorycznym posłaniu jakie mu ułożyliśmy. Kiedy się z Sashim zbliżyliśmy, aż nas poraziło gorąco bijące od niego. To nie była, nie mogła być, zwyczajna gorączka. Nie jestem w żadnym stopniu uzdrowicielem, więc mogę tylko stwierdzić ze swojej strony, że z Edge'em było źle. Wyglądało to jakby coś wewnątrz sprawiało mu ogromny ból. Miotał się i rzucał, wyginając i kurczowo napinając mięśnie i pojękując przy tym. Na jego twarzy widziałem wtedy wyraz bólu w najczystszej formie.
  - Co się dzieje? - spytał Cathan ostro. - Co z nim?
  - Nie wiem - odparłem. - Chyba jest chory.
  - Ki-wojownicy nie chorują - stwierdził oczywisty fakt. - Zróbcie coś, do cholery!
  - Niby co? - odburknąłem zdenerwowany, nie wiedząc co robić. Na szczęście Sashi-Zoe wiedział. Umieścił obie dłonie kilka centymetrów nad korpusem Edge'a i zaczął chyba przekazywać mu energię w taki sam sposób, w jaki wcześniej wyleczył nasze rany. Przez jakąś minutę zupełnie nic to nie dawało, ale po tym czasie olbrzym zaczął się jakby trochę uspakajać, zaś kilka chwil później spał już jak zabity. Uśmiechnąłem się, uspokojony.
  - Dobra robota - pochwaliłem Sasha, ale on gestem nakazał mi się odsunąć. Zdziwiony zrobiłem tak, wtedy jego ki wyraźnie wzrosła i chyba w jednej chwili przekazał Edge'owi znaczną jej porcję, bo inaczej nie potrafię wyjaśnić tego co wtedy nastąpiło. Cathan drgnął, chcąc chyba zapytać skąd nagły skok ki Sashi-Zoe, ale nie zapytał, bo jednocześnie niebieski olbrzym poderwał się i otworzył oczy, zupełnie jak wyrwany ze snu. Nie minęła sekunda, a już stał na nogach, nie minęły dwie, a znów leżał na ziemi, targany potężnymi drgawkami.
  - Co się z nim dzieje!? Co zrobiłeś!? - krzyknąłem do Sashi-Zoe, a mój głos zlał się z niemal identycznymi pytaniami Cathana.
  Sashi w odpowiedzi odepchnął mnie gwałtownie i chyba uratowało mi to życie, bo ułamek sekundy później Edge machnął w tym miejscu potężnym prawym sierpowym. Sashi stał nieco z boku, ale i cios go musnął, posyłając na ziemię. Wyglądało to mniej więcej, jakby niebieski olbrzym wpadł w jakiś szał i chciał pozabijać nas wszystkich. Kolejnym celem stał się Cathan, który popełnił dodatkowy błąd próbując Edge'a zatrzymać, co skończyło się dla niego, po prawym prostym i uderzeniu z góry na dół złączonymi pięściami, utratą lewego górnego kła i zgruchotaniem jednego barku. Pozbywszy się tej przeszkody Edge rzucił się ponownie na Sashi-Zoe, ale w połowie zadawania ciosu znów dostał ataku drgawek, lądując na ziemi. Napad był gwałtowny, ale krótkotrwały, zielonowłosy podniósł się na kolana, podpierając rękami. Dyszał ciężko, a pot ściekał mu twarzy całymi strumieniami. Miał wzrok szaleńca. Nagle zacisnął gwałtownie zęby, jakby uderzony nagłą falą bólu gdzieś wewnątrz. Napiął mięśnie i wyrzucił z siebie potworny ryk, jednocześnie krusząc skałę pod dłońmi, jakby była zwykłym piaskiem. Żyły na jego ciele stały się tak widoczne, że miałem wrażenie iż zaraz pękną.
  I wtedy Edge zaczął się zmieniać. Jego mięśnie, choć wydawało się to niemożliwe, dodatkowo urosły i przybrały na masie. Rysy twarzy, w tym kształt szczęki, wykrzywiły się nieco. Kły olbrzyma zwiększyły długość, a źrenice oczu rozszerzyły. Tak to mniej więcej wyglądało, chociaż nie dałbym głowy czy czegoś nie pominąłem, pamięć bywa zawodna.
  Olbrzym (teraz już dosłownie, bo jego mięśniami można by obdzielić dwóch niezłych mięśniaków) jeszcze kilkukrotnie ciężko odetchnął i przymknął oczy, jakby ze zmęczenia. Wydawało się, że straci przytomność, ale stało się dokładnie odwrotnie. W jednej chwili wstał rześki, zupełnie jak gdyby cała sytuacja sprzed chwili w ogóle nie miała miejsca. Oddychał równo i lekko, wyraz twarzy miał spokojny jak nigdy. Jednym słowem - luzik...
  Tak, teraz kiedy te wydarzenia mi się przypominają nie mają już takiego wyrazu, są przeszłością z której mogę nawet żartować, bo ona nie powróci. Wtedy jednak byłem tak przestraszony, że sam nie wiem jakim cudem nie sfajdałem się w spodnie. Cóż, byłem młodszy, dzisiaj pewnie bym się sfajdał.
  Edge rozejrzał się dookoła, nawet nie zatrzymując na mnie wzroku, co zresztą powitałem z pewną ulgą. Nieco dłużej przyglądał się, z najwyższym wysiłkiem powstrzymującemu się od krzyczenia z bólu Cathanowi. Wreszcie jego spojrzenie natrafiło na przedstawiające, jak już wspominałem, potworny widok zwłoki Dabre. Nieco chwiejnym krokiem ruszył w ich stronę, ale zatrzymał się w połowie drogi. Przez chwilę wyglądał jakby miał się rozpłakać, ale do tego nei doszło. Zamiast tego jego twarz wykrzywił grymas złości.
  - To twoja wina! - krzyknął, odwracając się ku Cathanowi. - Zaatakowałeś za wcześnie! To przez ciebie zginęła!!
  Cathan zrobił minę jakby ktoś właśnie najechał mu czołgiem na stopę i poderwał się z ziemi, widząc iż wściekły olbrzym rusza w jego stronę. Nie zdołał się nawet wyprostować, ból w zmiażdżonym barku rzucił nim znowu o podłoże. Fakt, iż Edge nie został wtedy zabójcą Zabójcy Bogów należy zawdzięczać Sashi-Zoe, który nie stąd ni zowąd znalazł się na jego drodze, zatrzymał ostrym gestem i patrząc wielkiemu wojownikowi prosto w oczy zdecydowanie pokręcił głową. O dziwo, zadziałało. Edge przystanął i ukrył twarz w dłoniach. Potem wstał i zaczął łazić tam i z powrotem, nawet na nas nie patrząc. Wyglądał na totalnie skołowanego, jakby co kilka sekund zapominał gdzie się znajduje i by to sobie przypomnieć musiał się rozejrzeć.
  - Ile czasu? - zapytał wreszcie.
  - Co? - powiedziałem odruchowo.
  - Ile czasu byłem nieprzytomny? - sprecyzował.
  - A jak sądzisz? - rzuciłem dość ostro. - Edge, co tu się do cholery dzieje? Co on ci zrobił!?
  - Ile!? Kilka tygodni?
  - Tygodni? - Zupełnie rozumiałem o co chodzi. - Nie! Kilka godzin, nawet nie pół dnia!
  - Niemożliwe... - powiedział, zatrzymując się. - To wszystko wydaje się tak odległe... Nie chciałem jej śmierci - zmienił nagle temat - robiłem wszystko, żeby przeżyła, ale zawiodłem. Zginęła.
  - Nie mogłeś nic na to poradzić - uspokoiłem go.
  - Mogłem - stwierdził. - Mogłem, Dao i nadal mogę. Ty mi w tym pomożesz.
  - Ja? - zdziwiłem się. - Co ja mogę zrobić?
  - Możesz przenieść nas wszystkich za pomocą tej twojej zdolności. Przeniesiesz nas na planetę, gdzie się poznaliśmy. Opowiadałeś, że tamtejszy lud przywrócił cię do życia. To samo uczynią z Dabre. Ty ich do tego przekonasz.
  Zawahałem się.
  - Nie wiem czy to dobry pomysł...
  - Teraz, Dao - uciął moje protesty takim tonem, że nie śmiałem nic więcej powiedzieć.
  Cóż mogłem zrobić? Wpadłem z deszczu pod rynnę. Razor, psychopata o czerwonych oczach zginął, ale wcześniej zdążył zarazić swoim szaleństwem Edge'a, który teraz dzielnie dotrzymywał mu kroku w kwestii przyprawiania mnie o palpitacje serca. Nie będąc w stanie odmówić teleportowałem nas wszystkich na Linva-sei.

  Mieszkańcy przyjęli nas bardzo przyjaźnie, jak zawsze zresztą, gdyż od dawna byli moimi przyjaciółmi. Cathanem od razu zajęli się uzdrowiciele, a ja wyjaśniłem cel naszego przybycia najwyższemu kapłanowi Tristowi. Wysłuchał mnie uważnie, nawet przez chwilę nie dając mi do zrozumienia, że proszę o zbyt wiele, czy też, że moja prośba jest niewykonalna, mimo iż widział stan w jakim znajdowała się Dabre. Dopiero kiedy skończyłem, wyjaśnił mi wszystko możliwie najprościej.
  - Wykorzystując najpotężniejszą z magii potrafimy przywrócić ciału duszę, a więc sprawić, iż znów stanie się ono żywe - tłumaczył. - Dziecko, o którego uratowanie mnie prosisz, jest jednak w takim stanie, że nawet jeśli wrócimy mu życie, ono natychmiast i tak umrze, bo jego ciało nie jest zdolne podtrzymać tego życia. Gdyby była szansa chociaż na to, by dziewczynka żyła kilka sekund, nasi uzdrowiciele mogliby wyleczyć jej obrażenia. Niestety, nie potrafimy zabliźnić ran martwego ciała, nasza magia lecznicza opiera się na wewnętrznej sile życiowej każdej z istot.
  Na magii nigdy się nie znałem, nie znam i raczej już znał nie będę, ale dla mnie brzmiało to bardzo sensownie. Niestety, Edge tego wyjaśnienia nie zaakceptował. Znów wpadł w gniew i sporo wysiłku kosztowało mnie i Sashi-Zoe uspokojenie go. Kto wie jak by się to skończyło, gdyby nie fakt, iż olbrzym, nawet zaślepiony furią nie zaatakował Sasha, coś go przed takim posunięciem powstrzymywało. Na całe szczęście.
  Jaki jednak by nie był wpływ Sashi-Zoe na Edge'a, ten nie zrezygnował z próby wskrzeszenia Dabre. Po kilku nieudanych próbach przekonania go do zmiany zdania, olbrzym wreszcie wymusił na najwyższym kapłanie przeprowadzenie rytuału. Trist ostatecznie przystał na to, zdając sobie najwyraźniej sprawę, iż w wypadku odmowy ryzykuje istnieje swojego świata. Co gorsza, w wypadku niepowodzenia najwyraźniej także. Szczęśliwie, pewna nadzieja istniała, teoretycznie była możliwość przedłużenia końcowej fazy rytuału i podtrzymania życia wskrzeszanej osoby przez kilka sekund, co mogło wystarczyć uzdrowicielom na wyleczenie obrażeń Dabre. Były tylko dwa problemy. Po pierwsze - nigdy wcześniej tego nie próbowano, po drugie - wymagało to ogromnych, wręcz niewyobrażalnych ilości energii.
  Przynajmniej ta druga kwestia została szybko rozwiązana, a przyczynił się do tego Cathan, wyzywając Edge'a na pojedynek. Oczywistym było, że to co stało się z olbrzymem pod koniec jego walki z Razorem uczyniło go silniejszym, ale nikt, nawet on sam, nie zdawał sobie sprawy jak wielką mocą teraz dysponuje. Okazało się to właśnie w kontekście walki między nim, a błękitnookim ex-królem. Do starcia nie doszło, wystarczyła sama koncentracja ki na wstępie, by Cathan został dosłownie zmieciony razem z połową okolicy. Szczęśliwie nie miało to miejsca na zamieszkałym terenie. Oczywiście wyczułem wtedy tę emanację, ale opisywanie jak wielkie wywarła na mnie wrażenie nie ma sensu. Wystarczy chyba stwierdzenie, iż po spotkaniu Razora uważałem, że w kwestii poziomów mocy nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć, ale ta chwila uświadomiła mi jak bardzo, bardzo się myliłem...
  Spędziwszy tam wówczas nieco czasu, dowiedziałem się iż zdolności magiczne mieszkańców Linva-sei brały się z oplatających ich planetę charakterystycznych żył energetycznych, których moc nauczyli się oni wykorzystywać. Niektóre z tych żył się przecinały, tworząc podziemne ogniska energii. W takich miejscach budowano świątynie, będące swoistymi ekstraktorami tego naturalnego bogactwa. Fantastyczne niekiedy w kształcie konstrukcje świątyń miały na celu pobranie i wzmocnienie tej emanacji, przekształcając surową, czystą moc w postać, z której kapłani mogli korzystać najbardziej optymalnie. Należy jeszcze dodać, że energia ta miała z ki niewiele wspólnego, na tyle mało, że ja nawet jej nie wyczuwałem. Z tego co wiem dało się ją jednak jakoś przekształcić w ki (i odwrotnie).
  Tak więc, Trist zebrał wszystkich najwyższych rangą kapłanów w celu przeprowadzenia rytuału. Zgromadzili się oni w największej świątyni zbudowanej w miejscu będącym swoistym wielopoziomowym skrzyżowaniem kilku największych arterii planety, czyli w moim rozumieniu po prostu jej sercem. Sam budynek był idealnie okrągły, co umożliwiało dodatkową koncentrację naturalnej energii. Mimo to było jej zbyt mało by zmodyfikowana wersja rytuału mogła się udać, dlatego Edge musiał go wspomóc swoją mocą.
  Nagie zwłoki Dabre umieszczono na centralnym ołtarzu w wielkiej, głównej sali świątyni, zaś zakapturzeni kapłani zajęli miejsca we wnękach rozmieszczonych wokół. Rytuał przeprowadzali wszyscy, najmniejsza pomyłka któregokolwiek oznaczałaby fiasko wszelkich wysiłków. Sam Trist zajął miejsce na kilka metrów przed ołtarzem, stanowił ostateczne ogniwo tego łańcucha, to on spajał wszystko w całość, ukierunkowywał energię i inkantacje, nadając ostateczny kształt procesowi. Trzeba przyznać, że motywację do jak największego wysiłku miał dobrą, gdyż miejsce Edge'a, jako dodatkowego źródła energii, znajdowało się dokładnie naprzeciw niego, po drugiej stronie ołtarza. Olbrzym otoczony był zielonkawymi, fluorescencyjnymi kryształami, które miały przekształcić i przekazać jego ki w odpowiednim momencie. Po bokach ołtarza stali dwaj uzdrowiciele, ich zadaniem było wyleczyć Dabre w ciągu tych kilku sekund na które miała odzyskać życie. Poza właśnie wymienionymi, w świątyni nie mogło być nikogo więcej, więc ja i Sashi-Zoe obserwowaliśmy całość w czymś w rodzaju kryształowej kuli, będąc w dość znacznym oddaleniu. Cathan, dla odmiany, zupełnie nie był zainteresowany, wydaje mi się, że trochę przeżywał przepaść poziomów mocy jaka dzieliła go wtedy od niebieskiego olbrzyma.
  Wreszcie kapłani rozpoczęli. Pierwsze chwile wypełnione były monotonną inkantacją, która najprawdopodobniej miała na celu stopniowe wzmacnianie przepływu energii pomiędzy uczestnikami. Tak też było, gdyż po kilku minutach moc wzrosła na tyle, iż zaczęły jej towarzyszyć efekty wizualne w postaci wyładowań elektrycznych przeskakujących od jednej skupionej na modlitwie postaci do drugiej. Wyładowania te, w towarzystwie coraz głośniejszych i szybszych inkantacji, zaczęły się z sekundy na sekundę nasilać, tworząc wkrótce swoiste tornado błyskawic. Po twarzy Trista można było wyraźnie zobaczyć, że jest skupiony do granic możliwości, oczekiwał na moment odpowiedni do wkroczenia w cały proces. Gdyby się pospieszył lub spóźnił, cały wysiłek poszedłby na marne. Mimo tej ciążącej na nim odpowiedzialności wydawał się spokojny, a mógłby ujść za wręcz niewzruszonego gdyby nie pot, który obficie perlił mu czoło.
  Wreszcie odpowiednia chwila nastąpiła, najwyższy kapłan uniósł dłonie i donośnym, wyraźnym głosem wypowiedział jednozdaniowe zaklęcie. Momentalnie przemienił się w żywy piorunochron - wszystkie wyładowania uderzyły w niego, otoczyły i po sekundzie chaosu uformowały się w kształt kuli wokół jego postaci. Ruchem ręki Trist dał znak Edge'owi i dokończył inkantację czaru, kierując dłonie w stronę zwłok Dabre. Błyskawice przeskoczyły z jego sylwetki na ołtarz, z którego wystrzeliły pionowo w grę tworząc tym razem postać kolumny. Moc była tak wielka, że przestała tam obowiązywać grawitacja i przepołowione zwłoki uniosły się o dwa metry w powietrze. Wtedy zobaczyłem coś, czego, gdybym miał wybór, wolałbym nigdy nie widzieć. Towarzyszący mi czarodziej sprawił, iż kula, w której wszystko oglądaliśmy zaprezentowała twarz, a raczej lewą połowę twarzy dziewczyny z bliska i wtedy jej oko poruszyło się. Makabryczny widok... Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, co wtedy odczuwała.
  Nic więcej nie zobaczyliśmy, ponieważ właśnie w tym momencie Edge uwolnił swoją moc, wzmacniając tym samym zaklęcie, ale jednocześnie sprawiając iż nasza kryształowa kula po prostu pękła. Odczułem jego moc moim szóstym zmysłem i po raz kolejny się przeraziłem, bo energia którą Edge pokazał przed walką z Cathanem nie była najwyraźniej kresem jego możliwości. Ten potężny impuls trwał kilkanaście sekund, po czym wszystko uspokoiło się.
  Nie mogąc dłużej czekać, z miejsca ruszyłem ku świątyni, a Sashi-Zoe za mną. Lot trwał może dwie minuty, a to co zastaliśmy na miejscu przyprawiło mnie niemal o zawał. Nie żartuję.
  Nie tylko nasza kula nie wytrzymała natężenia energii Edge'a. Zielonkawe kryształy, którymi świątynia była naszpikowana, a które stanowiły w niej główny element przekazujący i wzmacniający moc, były w znacznej większości wypalone, niektóre po prostu się rozpadły. W dachu budynku ziała spora dziura - najwyraźniej sama konstrukcja także okazała się zbyt słaba. Grupka uzdrowicieli, biegając i pokrzykując na siebie nawzajem, próbowała utrzymać przy życiu wyniesionych ze śmierdzącej spalenizną świątyni uczestników rytuału. Większość z tych ostatnich miała liczne, poważne poparzenia. W całym tym zamieszaniu dojrzałem Edge'a, on miał się dobrze jeśli nie liczyć nieco mętnego wzroku i wyraźnego zmęczenia widocznego na twarzy.
  - Edge! - krzyknąłem. - Udało się!? Gdzie Dabre!? Gdzie Trist!?
  - Trist nie żyje - stwierdził sucho. - Nie wytrzymał, zwęgliło go. - Zamarłem, a Edge kontynuował: - A Dabre... one są w środku, żyją.
  "One? Jakie one" - pomyślałem, ale nie pytałem już więcej, tylko wpadłem do zadymionego wnętrza, roztrącając uzdrowicieli próbujących ratować swoich współbraci. Przemknąłem obok, faktycznie spalonych na węgiel, zwłok Trista i zobaczyłem co Edge miał na myśli.
  Zaklęcie zawiodło, czy raczej powinienem stwierdzić - nie zadziałało tak jak przewidywano.
  Na ołtarzu leżały dwie identyczne, rudowłose dziewczynki.

IVD: Całkiem nowe oblicze

  Uzdrowiciele próbowali mi później tłumaczyć "techniczne" szczegóły sytuacji, która nastąpiła, ale ani tego nie zrozumiałem, ani specjalnie mnie nie interesowało. Ciekaw byłem właściwie tylko jednego - skoro rytuał polegał na przywołaniu z zaświatów duszy i przywróceniu jej ciału, jak to możliwe, że rozdzieliła się ona na dwie części? Na to jednakże, kapłani jednoznacznie odpowiedzieć mi nie potrafili. Nie tylko nie wiedzieli "jak" to się stało, ale nawet nie mieli pewności "czy" to się stało. Co odważniejsi wysnuwali teorię, iż po tym jak wzmocniony czar leczniczy zregenerował oba ciała, zaklęcie Trista przywróciło im życie, ale żadnemu w pełni nie zwróciło duszy, która... no właśnie tu nie było zgody. Niektórzy twierdzili, iż pozostała w zaświatach, inni, że się podzieliła, a jeszcze inni, że pozostała jednością, istniejąc jednocześnie w dwóch ciałach.
  Patrząc z dzisiejszej perspektywy uznałbym tę ostatnią opcję za najbardziej prawdopodobną. Sabre i Dagger, jak nazwał je Edge (zmodyfikował imię Dabre, nie chcąc by któraś z dziewczynek czuła się "tą drugą") właściwie nigdy się nie rozstawały. Nie było kwestii, w której by się ze sobą nie zgadzały, zawsze miałem wrażenie, iż myślą i czują tak samo. Czasami wrażenie to było tak wszechogarniające, iż zapominałem, że rozmawiam z dwoma osobami. Cóż, łatwo było zapomnieć... nie zliczyłbym sytuacji, w których jedna zaczynała zdanie, a druga je kończyła.
  Chyba jednak wybiegam zbyt daleko w przyszłość... Nasza pierwsza rozmowa z dziewczynkami, następnego dnia po feralnym rytuale, była znacznie dziwniejsza niż jakakolwiek moja konwersacja z kimkolwiek, kiedykolwiek. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, kiedy wyjaśniliśmy im co się stało - nie wiem czy zrozumiały - i kiedy udało nam się je o coś zapytało, odpowiadały jednocześnie i dokładnie tak samo. Trudno powiedzieć kogo zaskoczyło to bardziej, je czy nas. Nie rozmawialiśmy długo.
  Zanim wszystko doszło do względnego ładu, minął ponad tydzień. Kiedy przeszło mu oszołomienie sytuacją, Edge wydawał się nawet zadowolony z ostatecznego rezultatu. Ja byłem znacznie mniej szczęśliwy, o mieszkańcach Linva-sei nawet nie wspominając. Rytuał pochłonął bardzo wiele ofiar, właściwie łatwiej było wymienić tych jego uczestników, którzy przeżyli niż tych, którzy zginęli. Poza tym, że był krwawy, był także ostatnim w historii, a to z tej prostej przyczyny, że życie w nim oddali wszyscy znający sekrety jego przeprowadzania. Oczywistym było, iż nie chciano nas tam dłużej, ale z drugiej strony wywalenie nas nie było takie proste. Wszyscy nadal obawiali się Edge'a, po stracie charyzmatycznego przywódcy jakim był Trist może nawet bardziej niż wcześniej. Mimo to postanowiono działać, nie minęły dalsze dwa tygodnie kiedy wezwano mnie przed oblicze świeżo uzupełnionego zgromadzenia kapłanów i wyraźnie dano mi do zrozumienia, iż mimo iż jestem nadal uważany za przyjaciela ludu Linva, to moja i moich towarzyszy obecność nie jest dłużej pożądana. Nie mogłem ich za to winić, ale nie byłem też już w stanie trzymać nerwów dłużej na wodzy. Obrażając ich w niewyszukanych słowach krzyknąłem coś o tym, że jeśli chcą nas wyrzucić, to niech to powiedzą Edge'owi prosto w twarz, a nie próbują się wysługiwać mną, zasłaniając dodatkowo przyjaźnią. Przyznaję, poniosło mnie... ale nie żałuję. Uważam, iż miałem prawo im wygarnąć co myślę, szczególnie iż ratowałem ich planetę wielokrotnie... ostatnim razem niszcząc przy tym swoją własną.
  Musiałem ich zawstydzić, bo jeszcze tego samego dnia wysłali do Edge'a posłańców-ochotników i przedstawili mu swoje stanowisko. Olbrzym wysłuchał ich cierpliwie, a następnego dnia już go na planecie nie było. Zanim jednak odszedł miałem okazję z nim porozmawiać.
  - Muszę stąd odlecieć - mówił. - Nie dlatego, że oni tak chcą, ale dlatego, iż dłużej nie jestem w stanie się powstrzymywać...
  Nie zrozumiałem o co mu chodzi, chociaż mogłem się pewnie domyślić.
  - Powstrzymywać? - zapytałem. - Przed czym?
  - Nie wyobrażasz sobie jak to jest... - powiedział, oddychając głęboko. - Teraz rozumiem Razora, trochę na to za późno, ale teraz jestem w stanie pojąć go w całości. Każdego dnia z coraz większym trudem to kontroluję... Nic nie sprawiłoby mi takiej przyjemności jak zniszczenie tej planety, Dao. Chciałbym widzieć jej mieszkańców płonących jeden po drugim, znikających w jakiejś eksplozji albo nie wiem... po prostu umierających. Teraz wiem, że Razor nie był szaleńcem... nie wiem, co on mi zrobił. Dał mi moc, moc która daje możliwości, ale także obliguje... To jest jak oddychanie... można się jakiś czas powstrzymywać, ale ostatecznie i tak wreszcie zaczerpniesz powietrza. Dao, ja nawet ciebie, teraz, najchętniej rozerwałbym na strzępy, rozumiesz mnie?
  Nie rozumiałem, jak dla mnie mówił zupełnie bez sensu, dlatego nie wiedziałem co mu odpowiedzieć.
  - Nie wyobrażasz sobie jak bardzo to zmienia sposób widzenia wszystkiego - podjął po chwili. - To co się działo wcześniej jest takie odległe, zamglone. Dao, ja ledwo pamiętam jak się poznaliśmy. To było tutaj, prawda? - Zdziwiłem się, ale nie miałem okazji odpowiedzieć, bo kontynuował: - Dzisiaj przyłapałem się na tym, że chciałem skręcić kark Sabre albo Dagger... Dao... - złapał się za twarz. - Nie wiesz jak to jest - powtórzył. - Próbuję z tym walczyć, ale to we mnie tkwi, w środku... Czuję to. Z każdym dniem ta chęć, potrzeba niszczenia i zabijania narasta. Muszę odejść zanim będzie za późno. Zanim stracę nad tym kontrolę. - Spojrzał na mnie, a w jego oczach ujrzałem coś przerażającego. To nie był dokładnie ten wyraz, który miały źrenice Razora, jeszcze nie był... ale wkrótce mógł się takim stać. - Chcę żebyś zajął się dziewczynkami póki nie wrócę. O ile wrócę... Sądzę, że jest jakiś sposób by to kontrolować, musi być. Jeśli go znajdę, wrócę, a jeśli nie... nie wiem, może także wrócę. Nie jestem teraz w stanie nawet jasno myśleć.
  Wstał i odwrócił się, chcąc odejść. Zanim jednak zniknął mi z oczu zdążyłem jeszcze coś powiedzieć:
  - Będziemy czekać, Edge. Wiem, że ci się uda. Będzie dobrze. Tutaj o nic się nie martw, wszystkim się zajmę.

  Łatwiej jednakże było powiedzieć, że się wszystkim zajmę niż to później zrobić. Szczególnie, że na karku miałem przecież Cathana. Łagodnie rzecz ujmując, nie był zbyt uszczęśliwiony faktem, iż Edge po prostu sobie gdzieś poleciał, a wyjaśnień oczywiście nie chciał słuchać. Jak sądzę, tylko moje zapewnienia o rychłym powrocie naszego olbrzyma, oraz może także fakt iż Edge doskonale ukrywał energię i trudno byłoby stwierdzić gdzie go szukać, powstrzymały go przed ruszeniem w pościg.
  Jeszcze ktoś był bardzo niezadowolony z powodu zniknięcia naszego niebieskiego przyjaciela - Sashi-Zoe. Dam głowę, że próbował go nawet odnaleźć, bo przez kilka dni go nie widziałem, zapewne z marnym skutkiem, bo po tym czasie zjawił się, nadal w złym humorze.
  Na Linva-sei zapanował względny, kruchy spokój. Trenowałem Sabre i Dagger, które z czasem przywykły do siebie nawzajem i nawet dla odróżnienia zaczęły nosić stroje w różnych kolorach. Okazyjnie robiły mi dowcipy, zamieniając się na ubrania i sprawiając, że nazywałem jedną imieniem drugiej. Tak jakby to miało jakieś znaczenie...
  Z czysto nauczycielskiego punktu widzenia stwierdzam, że były bardzo dobrymi uczennicami. Techniki opanowywały szybko, a i pod względem ki rozwijały się szybko, co należało zapewne łączyć z tym iż były jeszcze bardzo młode. Przypominały mi się czasy gdy zaczynałem trenować Hammera, Malleta i Maula. Dziewczyny niezwykle sprawnie nauczyły się walczyć w tandemie, ale cóż, były doskonale zgrane. Już po trzech czy czterech tygodniach nie byłem w stanie sprostać im jako sparing-partner, na szczęście z pomocą przyszedł mi Sashi-Zoe.
  Cathan także trenował, ale w odosobnieniu. Okazyjnie dawało się wyczuć wahania jego ki po drugiej, mniej zamieszkanej, stronie planety. Na całe szczęście dzięki podziemnym żyłom energii Linva-sei nie była światem najłatwiejszym do uszkodzenia, więc mogłem spać spokojnie, bez strachu o to czy nie obudzimy się z ręką w nocniku, dusząc się w pasie asteroidów jaki zwykle pozostawał po zniszczeniu globu. Swoją droga zauważyłem dość ciekawą zasadę rządzącą wysadzaniem planet - było to tym trudniejsze im więcej życia było na danym świecie. Znacznie łatwiej było ustrzelić ogromną, ale pustą kosmiczną skałę niż względnie niedużą, acz gęsto zamieszkaną planetkę. Pamiętam, że w zniszczenie mojej rodzinnej Blunt-sei, zamieszkanej przez liczną rzeszę silnych ki-wojowników włożyłem wiele wysiłku, a udało mi się zaledwie uszkodzić jej jądro, zaś resztę załatwiła reakcja łańcuchowa.
  Wracając jednak do Cathana i jego treningu, któregoś dnia zdarzyło się iż grupa Linva-jinów czy to przypadkiem, czy to z ciekawości zabłąkała się w tamte okolice, a on bez litości ich pozabijał. Zgromadzenie kapłanów poprosiło mnie o interwencję, ale oczywiście nic nie zrobiłem. Sądziłem, zapewne słusznie, że gdyby dać mu jakikolwiek powód, wykończyłby nas wszystkich bez wahania i zapewne z dużą dozą satysfakcji. Z dnia na dzień coraz bardziej zresztą zanosiło się na to, że i tak nas pozabija, bo jego cierpliwość zdawała się wyczerpywać.
  Na całe szczęście nim do tego doszło, Edge wrócił, i to nie sam, a to, co mu towarzyszyło było jednym z bardziej interesujących stworzeń jakie w życiu spotkałem. Istota ta nazywała nosiła imię Naiff i na pierwszy rzut oka przypominała skrzyżowanie humanoida i kreta. Naiff był nieduży, a jego skórę porastała charakterystyczna ciemna sierść. Za jego czarnymi, ruchliwymi oczkami rzadko kiedy można było nadążyć. Nosił workowaty, zdecydowanie zbyt duży na niego strój, zawsze trzymając zgięte w łokciach ręce tuż przy sobie. Słowem, moja definicja słowa "dziwny" została znacznie poszerzona kiedy go poznałem.
  Pojawienie się Naiffa nie było jednakże najbardziej zaskakującym z wydarzeń. Znacznie bardziej mnie, Sashi-Zoe, a nawet Cathana zainteresował fakt, iż Edge odzyskał dawny wygląd, ten sprzed śmierci Razora. Nie miał już nadto długich kłów, nienormalnych, drapieżnych oczu ani rysów twarzy mordercy (nie wszyscy zapewne zgodziliby się z tym ostatnim). Jego muskuły, choć nadal ogromne, także powróciły do granic przyzwoitości. Zapytany o to, olbrzym stwierdził iż z pomocą Naiffa właśnie, udało mu się opanować moc, którą odziedziczył po Razorze. Szczegółów nie chciał zdradzić, wspominając tylko, iż w zamian obiecał Naiffowi zabrać go ze sobą, więc od tego momentu liczebność Umierających Gwiazd powiększa się o jedną osobę.
  Na początku nie zrozumiałem sensu tych słów, ale ostatecznie dotarło do mnie, iż śmierć Razora nie oznaczała wcale końca Umierających Gwiazd. Edge, mimo moich protestów i próśb, postanowił utrzymać tę nazwę przy życiu. Ta organizacja, oddział, nie wiem jak to nazwać, miała się odrodzić i to my mieliśmy się nią stać. Dużo czasu minęło nim się z tym pogodziłem.
  Cóż, teoretycznie nikt mnie nie zmuszał do ruszenia z nimi dalej. Mogłem przecież zostać na Linva-sei i w spokoju dożywać tam kresu swoich dni... ale nie zrobiłem tego i kiedy Edge opuszczał planetę, byliśmy z nim wszyscy, w komplecie. Bliźniaczki dlatego, że był dla nich jak ojciec. Cathan zapewne w chęci wyrównania z olbrzymem coraz bardziej zaległych rachunków. Ja dlatego, iż czułem się za to wszystko po części odpowiedzialny i chciałem się też dowiedzieć jak cała sytuacja się rozwinie. Sashi-Zoe chyba z powodu tej dziwnej więzi, która od samego początku była między nim a niebieskim olbrzymem. Tej samej, która nie pozwoliła Edge'owi skrzywdzić Sasha nawet w największym szale. Naiff zaś... cóż, na pewno miał jakiś powód.
  Nie pożegnaliśmy się z mieszkańcami Linva-sei, ale nie sądzę, by byli z tego powodu nieszczęśliwi. Nigdy więcej moja noga tam nie postała, a doszły mnie słuchy, że jakiś rok temu planeta została zniszczona. Nie zadałem sobie jednak trudu, by to sprawdzić, więc pewności nie mam.

  Na początku nie wiedziałem dokąd zmierzamy. Wkrótce okazało się, że prowadzi nas nie Edge, ale Sashi-Zoe na jego polecenie. Jedno było pewne - nasz cel był konkretny i jasno określony, to nie było błądzenie bez ładu i składu jak podróż z czasów Razora. Jak dowiedziałem się później zmierzaliśmy na Tarey, naszą przyszłą siedzibę. Zanim jednak dotarliśmy na miejsce dołączyła do nas jeszcze jedna osoba.
  Chcąc zacząć od początku muszę stwierdzić iż między odejściem Edge'a, a jego powrotem w towarzystwie Naiffa, minęły na Linva-sei trzy miesiące. Co robił w tym czasie, dokładnie nie wiem, ale przynajmniej po części mogę się domyślać. Musiał się dać we znaki kilku co możniejszym władcom galaktyki wystarczająco zorientowanym, by wiedzieć kim są Umierające Gwiazdy, ale nie dość cwanym, by odgadnąć iż ktoś, kto zabił Razora nie mógł dokonać tego przypadkiem. Mianowicie ta wpływowa, "trzymająca władzę", grupka wykoncypowała sobie, iż teraz, kiedy Razor nie żyje Umierające Gwiazdy da się raz na zawsze rozbić i tym samym zlikwidować, wydawałoby się odwieczne zagrożenie z ich strony. Plan iście genialny, zaś jego wykonanie zlecili bardzo skutecznemu, ale także bardzo kosztownemu zabójcy, czy raczej - zabójczyni, a dokładnie Cinquedzie, najniebezpieczniejszej kobiecie kosmosu.
  Spotkanie z Cinquedą nastąpiło na pewnej niezbyt gęsto zaludnionej planecie, na której odpoczywaliśmy po kilku dniach bezustannej podróży przez kosmos. Nic, nawet najlżejszy dźwięk czy emanacja energii, nie ostrzegło nas przed atakiem. Po prostu w pewnym momencie powietrze przeszył cienki promień ki i trafił Edge'a w szyję. Tylko dzięki swemu refleksowi olbrzym zdołał się w ostatniej chwili uchylić i skończyło się na zadraśnięciu. Przynajmniej chwilowo, bo nie minęła sekunda gdy za jego plecami zmaterializowała się niewysoka, smukła sylwetka, zadając mu bolesny cios w kręgosłup. Skąd wiem, że bolesny? Ano, musiał być bolesny skoro Edge krzyknął z bólu i prawie się przewrócił. Na szczęście zachował dość przytomności umysłu, by, próbując złapać równowagę, odbić się prawą nogą od ziemi z całej siły i tym samym zdobyć przynajmniej trochę czasu na zorientowanie się w sytuacji.
  Napastnikiem... napastniczką była właśnie wspomniana przeze mnie Cinqueda - względnie niska, szczupła kobieta o krótkich, ciemnych włosach. Ubrana była w zwyczajny dla siebie obcisły, granatowy strój. Całkiem sexy wyglądała, muszę przyznać... Nie, żeby była jakąś wyjątkową pięknością, co to, to nie, ale widok dla moich starych oczu był całkiem miły. Cóż, nie dla psa kiełbasa, jak to mówią, a i Cinqueda nie przybyła tam wdzięczyć się, tylko zabić Edge'a... Tak, tak, nie "walczyć z Edge'em" tylko "zabić Edge'a". Można to było poznać po tym jak bardzo była skoncentrowana. Nasz przywódca zdołał zatrzymać się w powietrzu i odwrócić, kiedy ona już szykowała kolejny atak. Nikt z nas nie zareagował, bo byliśmy, a przynajmniej ja, bardzo zaskoczeni. Nie wiem czy bardziej faktem, iż w ogóle atakowała czy też tym, iż nawet nieźle sobie radziła.
  Cinqueda ugięła nogi i poczułem od niej lekką, przytłumioną emanację ki. Po sekundzie wokół niej uformowało się coś, co przypominało wstęgę utworzoną z czystej energii. Nie minęła kolejna sekunda, a z zatrważającą prędkością jaskrawożółta smuga wystrzeliła w kierunku lewitującego olbrzyma. Trudno powiedzieć, czy nie zdążył uniknąć tego ataku, czy też po prostu stwierdził, iż nie warto, ale wstęga zatoczyła łuk i momentalnie owinęła się wokół jego szyi. Cinqueda chwyciła drugi koniec i pociągnęła zdecydowanym ruchem. Edge charknął i poleciał bezwładnie w jej kierunku niczym ryba złapana na haczyk. Zabójczyni wyskoczyła mu naprzeciw i po zwinnym kopniaku z półobrotu trafiła go z podudzia w twarz. Jakkolwiek jednak mogła być bardzo szybka, to jednak siły fizycznej wyraźnie jej brakowało, bo ten cios nie wywołał jakiegoś szczególnego efektu. Nie zdeprymowana tym zupełnie, kontynuowała atak bez najmniejszego przestoju. Chwyciła energetyczną wstęgę niemal tuż przy szyi olbrzyma i pomagając sobie nogą przerzuciła go pod siebie, po czym zwinęła się w piruecie, posyłając olbrzyma pionowo ku ziemi. Aby nie zdołał wyhamować poprawiła jeszcze kilkoma okrągłymi ki-blastami, z których jeden trafił go jeszcze w powietrzu dodatkowo przyspieszając jego spotkanie z gruntem, pozostałe zaś uderzyły już w parterze, kreując kolorową ognistą kulę.
  Sabre i Dagger drgnęły, chcąc zapewne ruszyć Edge'owi na pomoc, powstrzymałem je jednak, widząc wyraźnie, iż walka ta nie toczy się na poziomie, jaki mógłby mu zagrozić. Nie rozumiałem tylko dlaczego dawał się obijać jak jakiś kawał mięcha, zupełnie nie reagując...
  Moje zdziwienie wkrótce się jeszcze pogłębiło... Kiedy nasz przywódca wygrzebał się, osmalony, z kupy odłamków skalnych, Cinqueda już na niego czekała. Mógł wtedy zaatakować, ale pozwolił jej na wykonanie pierwszego ruchu, a i wtedy nawet nie drgnął, choć na pewno mógł tego ciosu bez specjalnego problemu uniknąć. Zamiast tego oberwał centralnie i chyba dość boleśnie w mostek, a potem świetnie wymierzonym ciosem w szyję, co niemal rzuciło go na ziemię. W tym momencie zwątpiłem, na szczęście niesłusznie, w to czy przeżyje. Przyparty chyba do muru, uwolnił gwałtownie impuls ki tak silny, że jego przeciwniczka została odepchnięta na dobre dwadzieścia metrów, dzięki czemu znów zyskał kilka sekund.
  Ten czas wykorzystał Cathan, od dłuższego czasu zirytowany (żeby nie powiedzieć: zdegustowany) tą walką, by wyrazić swoje niezadowolenie w dość niewyszukanych słowach.
  - Edge, do kurwy nędzy, przestań się zabawiać i walcz na poważnie, bo zaczynasz mi działać na nerwy.
  Olbrzym spojrzał na niego, a na jego twarzy malowało się autentyczne zdziwienie, zupełnie jakby nie rozumiał, o co Cathanowi chodzi. To było dziwne, bo nawet ja byłem w stanie dostrzec, iż nie walczy na swoim poziomie... nie wspominając już o poziomie jaki prezentował przed opuszczeniem Linva-sei.
  Rozmyślania przerwał nam kolejny atak Cinquedy, która najwyraźniej postanowiła nie dawać nam czasu na ewentualne przemyślenia i wyjaśnienia. Zadała serię ciosów rękami i nogami, część z nich Edge sparował, a części nie. Te, którymi oberwał znów chyba trafiły go w jakieś czułe punkty, bo kiedy udało mu się, niemal na oślep, odepchnąć przeciwniczkę niewidzialną falą ki, zaczął ciężko dyszeć, palce lewej dłoni wpił sobie w mostek i generalnie miał problemy z zachowaniem prostej postawy. Jego przeciwniczka, nadal milcząc, rzuciła się do kolejnej szarży... tym razem jednak została powstrzymana. Edge, chyba na skraju desperacji, gwałtownie uwolnił ki, zdmuchując wszystko dookoła i w ciągu kilku sekund uległ fizycznej przemianie, ale nie takiej jak wtedy po śmierci Razora, lecz znacznie poważniejszej. Jego twarz wykrzywiła się i zdeformowała, przypominała teraz uzębiony aż do przesady koci pysk. Całe ciało, poza standardowym już zwiększeniem się masy mięśniowej, dodatkowo porosło mu krótką szczeciną równie obrzydliwego, zgniłozielonego koloru co jego włosy. Natomiast energia, jaką teraz emanował była po prostu niewyobrażalna. Już samo to, że po raz pierwszy widziałem go otoczonego aurą mówi samo za siebie - najwyraźniej nawet on nie kontrolował w pełni takiej mocy.
  W momencie przemiany Edge'a niespodziewanie ożywił się kretowaty Naiff, który obserwował nową formę naszego przywódcy z wyraźnym zafascynowaniem i zaciekawieniem. Trudno mi go było rozgryźć. Tak czy inaczej, walka z Cinquedą w tym momencie się zakończyła, bo zabójczyni, mimo swego wcześniejszego opanowania została psychicznie zamroczona. Edge wylądował obok niej, skupił w dłoni ki-blast i wycelował jej w głowę.
  - Daruję ci życie, jeśli przyłączysz się do moich Umierających Gwiazd - powiedział powoli, zmienionym, głębokim głosem. - Chyba widzisz już, że nie jesteś w stanie mnie zabić, więc wybór masz prosty. Nie interesuje mnie dlaczego mnie w ogóle zaatakowałaś, możesz to zachować dla siebie.
  Mimo iż na twarzy Cinquedy nie drgnął nawet jeden mięsień, w jej oczach wyraźnie widać było strach. Zdołała go opanować na tyle, by skinąć głową. Edge, wyraźnie usatysfakcjonowany, rozproszył pocisk i opuścił ręce.
  - Do ciężkiej cholery, Edge! - niespodziewanie ryknął na niego Cathan. - Po jakie gówno nam ona potrzebna?
  Olbrzym spojrzał na niego kocimi oczami, powrócił do pierwotnej postaci i podszedł bliżej nas.
  - Czyżbyś miał coś do powiedzenia w tej sprawie? - zapytał błękitnookiego.
  - Jakbyś zgadł. Nie wiem dlaczego jeszcze przed chwilą dawałeś jej się bić, może ci się nudziło i chciałeś się pobawić. Rozumiem to i chociaż takie zachowanie mnie wkurwia, to potrafię je jeszcze zaakceptować. - Zawsze zadziwiała mnie ta cecha Cathana, jeśli już kogoś szanował to przemawiał do niego prostu z mostu. - Natomiast nie potrafię zaakceptować tak idiotycznej decyzji jak jej dołączenie do nas. To bez sensu.
  - Nie protestowałeś, kiedy zwerbowałem Naiffa - wskazał kretowatego, który tylko bardziej się w sobie skulił i podrapał po pyszczku... twarzy.
  - Szczerze mówiąc sądziłem, iż masz w tym jakiś ukryty cel, ale teraz zaczynam w to wątpić - warknął Cathan, który najwyraźniej musiał wyładować złość jaka w nim pewnie narosła, gdy przekonał się o kolejnym skoku mocy Edge'a. - Jeśli chcesz zrobić z Umierających Gwiazd jakąś bandę cyrkowców i mutantów, to mnie w to nie wliczaj!
  - Nigdy nie prosiłem cię, żebyś szedł za mną... - stwierdził spokojnie Edge - ...ale teraz proszę - dodał niespodziewanie, czym zaskoczył wszystkich, łącznie z Cathanem. - Będziesz mi wkrótce potrzebny, Cathanie i dlatego proszę byś z nami został. Sądzę, że w ostatecznym rozrachunku nie będziesz tego żałował.
  Przez chwilę miałem nadzieję, że niebieskooki odmówi, ale jak już wspominałem nadzieja nie zawsze jest najlepszym towarzyszem. Wiadomo czyją jest matką, prawda?
  - Jeśli mam się zgodzić - zaczął ex-król beznamiętnie - będziesz musiał zacząć mnie poważniej traktować. Wiem, że nie jestem w stanie ci teraz dorównać i że być może już nigdy nie będę. To sprawia, że mój oryginalny powód podążania za tobą, czyli chęć rewanżu, zupełnie traci sens. Kiedy reaktywowałeś Umierające Gwiazdy, stwierdziłem, że nie mogąc odzyskać przeszłości mogę równie dobrze je wybrać jako swoją przyszłość. Teraz jednak zaczynasz robić tu śmietnik. Rozumiem jeszcze tego starego pryka, dużo wie. - Wskazał na mnie, ale nie zaszczycił nawet przelotnym spojrzeniem, aż mi się przykro zrobiło. Serio... - Rozumiem niemowę, jest dość silny. Temu zwierzakowi obiecałeś, że będzie mógł iść z tobą i chociaż ja bym go na twoim miejscu zabił, i to rozumiem... Rozumiem, chociaż z trudem, nawet te bliźniaczki. Ale wyjaśnij mi, po jaką cholerę potrzebna nam tamta laska!?
  - Skończyłeś? - zapytał Edge. - Świetnie. Chętnie wyjaśnię o co mi chodzi. Możesz nie wierzyć, ale w walce z nią dawałem z siebie wszystko, a mimo to przegrywałem. Chcę się dowiedzieć dlaczego tak było. A poza tym... - Podszedł jeszcze bliżej i ściszył głos niemal do szeptu. Przyznam, że podsłuchałem, bo inaczej nie wiedziałbym co wtedy powiedział. - A poza tym, dziewczynki wkrótce zaczną dorastać... wiesz, okres dojrzewania i te sprawy... Przyda nam się kobieta, która będzie mogła im wytłumaczyć to i owo. - A głośniej dodał: - No chyba, że ty wolisz się tym zająć...
  Stłumiłem chichot, nie bez satysfakcji oglądając wyjątkowo głupią minę Zabójcy Bogów.
  Sądzę, że to właśnie dla takich chwil warto żyć...
  - Rób co chcesz - mruknął Cathan i oddalił się w podłym humorze.
  Takim oto sposobem dołączyła do nas Cinqueda, najniebezpieczniejsza kobieta komosu. Niestety, nie zwiększyło to bynajmniej możliwości konwersacji w grupie, bo okazała się bardzo małomówna. Pod tym względem moja gadatliwa natura przeżywała kolejne ciężkie chwile. Edge nie był już tak rozmowny jak kiedyś, Sashi-Zoe - niemy, Cathana nie lubiłem, a z Sabre i Dagger nie mieliśmy zbyt wiele wspólnych tematów - kłaniała się ogromna różnica wieku. Z Naiffem zaś nie za bardzo dało się rozmawiać, wolał zresztą dyskutować sam ze sobą, chichaczem, w swoim chroboczącym języku.
  Integrację grupy Edge przełożył jednak na później, bo już kilka godzin później kontynuowaliśmy naszą podróż ku tajemniczemu celowi, do którego prowadził nas Sashi-Zoe. Teraz już nie pamiętam ile w sumie podróżowaliśmy, ale chyba należało to liczyć w tygodniach. Gdybyśmy jednak mieli lecieć nie tygodnie a nawet miesiące, to uważam, że byłoby warto, bo gdy wreszcie nasza droga się zakończyła ujrzałem jeden z najpiękniejszych widoków w całym swoim, niekrótkim przecież życiu...
  Tarey była cudowna nawet kiedy obserwowało się ją z orbity, nie mówiąc już o możliwości obejrzenia jej kryształowo czystych oceanów, czy nietkniętych cywilizacją lasów z bliska. To było po prostu niesamowite, do dziś zagadką jest dla mnie jakim cudem taka planeta zachowała się w stanie nienaruszonym we względnie gęsto przecież zaludnionej galaktyce.
  Jedno mogę powiedzieć na pewno. Kiedy moja stopa po raz pierwszy dotknęła powierzchni planety Tarey, jak nigdy wcześniej poczułem, że... jestem w domu.

Koniec części czwartej


-> Wstęp <- | Część trzecia <- | -> Część piąta

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.