Dragon Ball AZ logo by Gemi

Dark Kaioshin Saga

Część trzecia: Nowe oblicza

054 | 055 | 056 | 057 | 058 | 059 | 060 | 061 | 062 | 063 | 064 | 065 | 066 | 067 | 068 | 069 | 070 | 071 | 072 | 073

Rozdział LXIX - Giganci

  - Obraz zniknął! - krzyknął Uubu. - Co się dzieje?
  - Zakłócenia wywołane eksplozją - wyjaśnił doktor Tengel. - Wszystkie monitory szlag trafił. Nic na to nie poradzimy. Musisz chwilę odczekać.
  - Jak długo?
  - Minutę? Dwie? Dziesięć? Nie wiem.
  Uubu jęknął. Toczył się największy pojedynek w całym wszechświecie, a on nie mógł nawet popatrzeć. Życie jest niesprawiedliwe.
 
  Caulif podniósł się bardzo powoli, był mocno poobijany, jak zawsze kiedy używał Explodera. Nie zdarzało się to często, korzystał z tej techniki naprawdę w ostateczności. Poprzednio... bardzo dawno temu. Nagle stanął jak wryty, tknięty nagłym wrażeniem obecności innej ki w okolicy. Z niedowierzaniem odwrócił się, wiedząc już co ujrzy.
  Piccolo.
  Nameczanin miał nieco nadpalone ubranie, był też poparzony na całym ciele. Żył jednak, a co więcej nie był nawet poważniej ranny.
  - To... to... niemożliwe! - wyjąkał i wykrzyczał jednocześnie Caulif. - Niemożliwe!!! Nikt nie ma prawa przetrwać Explodera!
  - Może i nie, ale ja jestem szybszy niż ci się wydaje. Szybszy od ciebie - Piccolo mówił to wszystko bardzo spokojnie, nie puszczając oczu z przeciwnika. - I silniejszy.
  Caulif głośno przełknął ślinę, drżąc na całym ciele. Opanował się jednak po chwili, wyraz jego twarzy złagodniał, zaśmiał się nawet cicho.
  - Faktycznie, jesteś dobry. Najlepszy. Trudno mi uwierzyć, że ktoś taki istnieje, ale to i tak nie ma żadnego znaczenia.
  - Czyżby?
  - Tak. Może tego nie wiesz, ale walczę z tobą wykorzystując tylko niewielką cząstkę swojej prawdziwej mocy.
  Piccolo nie okazał zdziwienia.
  - W takim razie pokaż na co cię naprawdę stać! - krzyknął nagle. - Myślisz, że nie domyślam się twojej mocy!? No dalej, na co czekasz!?
  Caulif nie takiej reakcji się spodziewał, poczuł się nieco zdezorientowany. Dlaczego Nameczanin zachęcał go do użycia pełni mocy, skoro wiedział o co chodzi? Musiał blefować. Nie mógł znać jego możliwości i nie bać się ich.
  - Jak chcesz. Patrz uważnie, bo to widowisko jedyne w swoim rodzaju.
  Piccolo spodziewał się, że jego przeciwnik przemieni się w Super-Saiyana i był na to gotowy. W tym momencie Piccolo przecenił jednak swoją wiedzę o Saiyanach, nie spodziewał się tego co zaraz miało się stać.
  Caulif aktywował swoją aurę, ale po chwili zmniejszył ją znacznie i całkowicie zlikwidował. Jego ki wróciła do poziomu mniej więcej z początku walki ze Steinerem. Po chwili na jego dłoni pojawił się biały ki-blast, którą wystrzelił w niebo. Pocisk eksplodował przemieniając się w sporą białą kulę zalewającą wszystko nienaturalnym światłem.
  Caulif spojrzał na swoje dzieło.
  - To światło - powiedział z trudem, oddychając głęboko i głośno. - Zastępuje mi księżycowe... Dzięki niemu każdy Saiyan... może osiągnąć maksimum swojej mocy... Czysty gniew... furia... potęga. - Serce Caulifa biło tak głośno, że Piccolo słyszał to wyraźnie mimo iż stał kilka metrów od przeciwnika. - Oozaru...
  Nagle Caulif zaczął rosnąć, jego ubranie było w strzępach już po krótkiej chwili. Twarz Saiyana wykrzywiła się, jego kły urosły, szczęki wydłużyły się. Całe jego ciało zaczęło porastać futrem. Kilka chwil później w miejscu Caulifa stał ogromny goryl. Oozaru. Od widzianego kiedyś przez Piccolo Gohana oozaru był znacznie większy, poza tym futro porastające ogromne małpie cielsko było złotej barwy. Dokładnie takiej jak wcześniej kolor włosów Caulifa.
  Jego ki była gigantyczna.
  - Pod wrażeniem? - zapytał gardłowo Caulif.
  - Tak - odparł Piccolo. - Jesteś silniejszy niż się spodziewałem. To oznacza...
  - Co oznacza?
  - Że pokonanie cię zajmie mi odrobinę dłużej niż planowałem!
  - Hę?
  Piccolo zacisnął pięści i zaczął koncentrować ki, otoczyła go intensywna zielona aura, ki Nameczanina gwałtownie urosła. Ziemia pod jego stopami drżała, zaczęły się na niej pojawiać nieregularne pęknięcia.
  - Jestem Super-Nameczaninem! - krzyknął Piccolo. - Moja moc nie zna granic!
  Piccolo krzyknął przeciągle i zaczął powoli rosnąć, całe jego ciało stopniowo powiększało się. Po chwili był już w stanie spojrzeć złotemu oozaru prosto w oczy bez zadzierania głowy.
  Prawdziwa walka miała się dopiero rozpocząć.
 
  Główna siedziba Umierających Gwiazd mieściła się na planecie Tarey. Był to jeden z najładniejszych w kosmosie światów. Większość jego powierzchni zajmowały idealnie błękitne oceany, zamieszkałe przez miliony gatunków morskich stworzeń. Lądy Tarey były niemal nieskażone obecnością cywilizacji. Nie było w tym nic dziwnego, skoro na planecie o podobnej do Ziemi wielkości mieszkało zaledwie kilka tysięcy osób. Naprawdę niewielu miało prawo do przebywania w tym miejscu. Poza samymi Umierającymi Gwiazdami, których po śmierci Blade'a było zaledwie dwanaście tylko ci, dzięki którym planeta mogła funkcjonować. Wszelkiego rodzaju pracownicy, technicy, osobista służba i specjalni goście. Do tych ostatnich należeli między innymi zleceniodawcy chcący wynająć Umierające Gwiazdy do wykonania jakiegoś zadania lub też władcy poszczególnych części Północnej Megegalaktyki. Edge nie miał czasu, a zazwyczaj także ochoty, zajmować się osobiście każdą planetą, miał od tego podwładnych. Zwykle nie wtrącał się do ich sposobu rządzenia, ale jeśli czegoś od nich chciał, oczekiwał bezwzględnego posłuszeństwa. Do niepokornych wysyłał jednego ze swych ludzi, który zwykle szybko załatwiał sytuację eliminując krnąbrnego władcę, ewentualnie całą jego rasę lub nawet niszcząc samą planetę. Specjalistą od takich "czystek" był właśnie wspomniany już Blade.
  Każda Umierająca Gwiazda miała na Terey swoją własną rezydencję, często przypominającą posiadłość czy małe miasteczko. Planeta oferowała sporą różnorodność. Od gorącej równikowej puszczy po zimną rzeczywistość poza kołem polarnym. Co kto lubił. Centrum świata był budynek dowodzenia, w pewnym sensie miejsce pracy wszystkich Umierających Gwiazd. To tu przybywali wszyscy wezwani przez Edge'a lub jego prawą rękę - Cathana. Tutaj odbywały się narady, spotkania, treningi (jeżeli komuś znudziło się trenować w swojej siedzibie). Tutaj też odbywała się rekrutacja do Umierających Gwiazd, dla tych, którzy odważyli się spróbować i zdołali udowodnić, że są warci uwagi. Niewielu docierało do ostatniego etapu rekrutacji, zaś Edge akceptował kogokolwiek niezwykle rzadko. Od momentu utworzenia Umierających Gwiazd tylko dwóm osobom udało się w ten sposób dostać do ich szeregów.
  W tym też kompleksie budynków znajdowała się sala treningowa Edge'a.
  Była to ogromna, bo o średnicy dobrych stu metrów, szara kula, która bez żadnego wyjaśnienia wisiała kilkanaście metrów nad ziemią, niczym wielki balon. Była absolutnie nieprzepuszczalna dla jakiejkolwiek materii czy energii, nie było do niej żadnego wejścia. Edge dostawał się do środka dzięki talizmanowi, z którym nigdy się nie rozstawał. Nikt poza nim nie wiedział absolutnie nic o tym miejscu.
  Edge potrafił znikać wewnątrz na całe miesiące, nie dając znaku życia. Po powrocie często był wyczerpany, czasem ranny, ale niemal zawsze - silniejszy niż wcześniej.
  Dlatego przypuszczali, że to sala treningowa, choć Edge nigdy tego nie potwierdził.
  Niemal zawsze po opuszczeniu sali, Edge rozpoczynał swoje tajemnicze poszukiwania. Wyglądało to jakby krążył po kosmosie szukając jak najsilniejszych wojowników, jednak nikt z jego ludzi nie rozumiał dokładnych kryteriów. Wyglądało to jakby Edge chciał odnaleźć kogoś silniejszego od siebie, ale zawsze kiedy trafiał na kogoś o choćby porównywalnej mocy, eliminował go bezlitośnie. Po przemianie nie miał sobie równych, przynajmniej jak do tej pory. Czasami wyprawy te przynosiły Umierającym Gwiazdom nowych rekrutów, lecz niebieskoskóry olbrzym nigdy nie poruszał z nimi tematu tajemniczej kuli.
  Umierające Gwiazdy miały sporo zajęć. Jeżeli nie wysyłano ich, by przypomnieli jakiemuś niepokornemu królowi planety kto tak naprawdę tu rządzi to wykonywały zlecenia, towarzyszyły Edge'owi w poszukiwaniach lub ruszały na wspólną wyprawę. To ostatnie wszyscy lubili najbardziej. Wspólna wyprawa z udziałem całego oddziału Umierających Gwiazd, to było to. Można tam było liczyć na wszystko co kochali. Walkę z potężnymi przeciwnikami, trochę bezstresowego wyżynania bezbronnych istot, popisanie się przed resztą towarzyszy (a zwłaszcza Edge'em) dopiero co opanowaną techniką, czy choćby ujrzenie samego dowódcy w akcji. Można było wiele zyskać, jeśli odpowiednio się to rozegrało. Edge lubił tych, którzy dawali z siebie wszystko. Cóż, niektórzy przywódcy byli łasi na pochlebstwa, innych można było podejść udając iż ma się wspólne z nimi zainteresowania, zaś Edge po prostu lubił kiedy ktoś dawał z siebie wszystko. Największe uznanie w jego oczach można było zyskać na przykład zwyciężając kogoś silniejszego od siebie. Dlatego na przykład lubił Blade'a mimo, że ten był najsłabszym że wszystkich jego ludzi.
  Zielonowłosy olbrzym bardzo długo zastanawiał się dlaczego nie zniszczył Ziemi. Jej mieszkańcy zabili Blade'a, a planetę zamieszkiwiało wielu groźnych wojowników, którzy mogli mu kiedyś zagrozić. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że powinien ją unicestwić, jednak nie zrobił tego. Czy to dlatego, iż nawet Sabre i Dagger nie były pewne czy należy ją niszczyć? A może z jakiegoś innego powodu? Nie miał pojęcia.
  Wkrótce po powrocie z Ziemi zamknął się w sali treningowej, co równało się temu, iż przekazał dowodzenie Gwiazdami Cathanowi.
 
  - Jak to nie możemy wejść? - zapytała zdziwiona Sabre.
  Clay More, wysoki i potężnie zbudowany mężczyzna o krótkich niebieskich włosach pokręcił przecząco głową.
  - Kiedy chciałem się zobaczyć z Cathanem, postawiony na straży sługa zakazał mi wejścia - powiedział.
  - To cię powstrzymało?
  - Oczywiście, że nie. Przegnałem go i wszedłem. Cathan nie tylko nie chciał ze mną rozmawiać, ale rozkazał mi samemu stanąć na straży w zamian.
  - Za kogo on się uważa? - wykrzyknęła Dagger.
  - Wykonuję tylko rozkazy - powiedział powoli Clay. - Sądzicie, że nie mam lepszych rzeczy do roboty? Mnie też się to nie podoba. Nie muszę wam chyba tłumaczyć, że Cathanowi lepiej nie podskakiwać, zwłaszcza kiedy szef jest w kuli.
  - Tak, wiem, ale musimy się z nim natychmiast zobaczyć! - wyjaśniła Sabre.
  - Tylko on może się skontaktować z Edge'em, a mamy dla niego pilną wiadomość.
  - Przykro mi... rozkaz. Zawiadomię Cathana, ale...
  Dagger zaklęła cicho. Jeśli stracą szansę na odnalezienie poszukiwanego przez Edge'a wojownika, może być naprawdę źle. Z drugiej strony złamanie rozkazu Cathana, to jak złamanie rozkazu Edge'a. Mogło się skończyć tylko jednym.
  - Musimy zaczekać - powiedziała Sabre, jej siostra pokiwała głową.
  Musiały zaczekać.

Koniec rozdziału sześćdziesiątego dziewiątego.

Czy Piccolo wygra z Caulifem... a może wcześniej zjawi się Edge?


-> Wstęp <- | Rozdział LXVIII <- | -> Rozdział LXX

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.